Zanim przeczytasz... czyli disclaimer


Zmierzch   Sophia    Autorka    Księga Gości   Linki

Powrót

9. O wartości przepowiedni


Nie, nie miałam wówczas pojęcia, z kim mam do czynienia. Magowie byli dla mnie legendą, błyskiem wśród nocy. Nie znałam nawet jeszcze historii klanu Tremere, nie mówiąc już o wydarzeniach, które powołały do istnienia moją własną linię krwi. Miałam wszystko to poznać dopiero – w toku wydarzeń roku 1450, gdy ważyły się losy wszystkich Spokrewnionych.
Nie, nie dowiedziałam się też, kim był ten konkretny mag – dopiero wiele set lat później kochanek mojego syna opowiedział mi jego historię. Tamtej nocy Akrites Solonikas był dla mnie po prostu niezwykłym mężczyzną, którego przyniosła do mnie ciekawość, kochankiem na jedną noc.
Melania spała, śniąc o czymś przyjemnym, może o moich ustach pieszczących jej uda. Jej pełne ciemne piersi unosiły się swobodnie, łagodny oddech wydobywał się spomiędzy grubych warg. Była piękna – tak, jak zawsze piękne są uśpione śmiertelniczki.
W powietrzu unosiła się słodka i odurzająca woń – opium zmieszane z jaśminem. Przy poduszkach, na których siedzieliśmy stał prototyp tego, co później nazwano fajką wodną, shishą. Cudowny wynalazek jakiegoś maga z drugiej strony Bosforu, ułatwiający wdychanie narkotyku.
Akrites siedział przy mnie – równocześnie odurzony i trzeźwy. Mięśnie na jego pięknym ciele rozluźniły się, ręce opadły swobodnie, lecz jego umysł zachował jasność. Jego głos był łagodny, uwodzicielski. W tamtej chwili kochałam tego mężczyznę, którego miałam spotkać już tylko jeden raz w jego życiu.
Miał w sobie ten młodzieńczy urok, energię, którą zawsze ceniłam u śmiertelnych i, rzadziej przecież, u Kainitów. Miał w sobie ciekawość – nieposkromioną ciekawość maga – zaprawioną pasją i chęcią, by ze wszystkich rozkoszy życia zaczerpnąć tak wiele, jak tylko będzie to możliwe.
- Urodziłem się tu – opowiadał – w rodzinie cesarskiego generała. Z niewolnicy-mahometanki.
- Widziałeś coś poza Bizancjum?
- O, tak! Wróciłem właśnie z podróży z moim mistrzem – Oczy mu zalśniły, a uśmiech rozpromienił przystojną twarz. – Chcę zobaczyć jak najwięcej, poznać cały świat, i ten, i inne.
- Inne światy? – zdziwiłam się.
- Nazywamy je Cieniem. Są tuż obok... Pokażę ci.
Był tak otwarty, tak mało skryty, jak żaden mag, którego spotkałam potem, aż do dnia, w którym mój syn przedstawił mi Daniela.
Ujął ustnik fajki wodnej, zaczerpnął dymu. Wypuścił go, wypełniając powietrze wokół nas błękitną chmurą. W sinych smugach ujrzałam pokój wokół nas – odmieniony. Ściany i podłoga mieniły się złotem, woda w niewielkim basenie była przejrzysta jak kryształ. Czułam, jak coś przenika moje ciało – pożądanie, palące i nieodparte, pragnienie ciepłego ciała, gładkiej skóry – i krwi, bo tylko we krwi możemy odnaleźć spełnienie.
Dostrzegłam postać, krążącą po sali – nie kobietę i nie mężczyznę, lecz połączenie ich obu, piękną istotę o wąskiej talii, miękkich ustach i włosach, w które wplecione było łagodne światło. Zdawałam sobie sprawę z tego, iż nie był to byt materialny, lecz coś duchowego, co wzbudzać miało pożądanie, lecz w moim martwym ciele nie zaszła żadna zmiana – duch bowiem nie posiadał życia ani krwi.
Posiadał je natomiast mój towarzysz. Spojrzałam na niego, odurzona nieoczekiwanym pragnieniem. Dostrzegłam tętnicę na szyi i linie żył na nadgarstkach, dostrzegłam, jak krew płynie szybciej przez jego ciało, kierując się ku podbrzuszu. Pierwszy raz w nieżyciu widziałam, jak pożądanie ogarnia śmiertelnego mężczyznę – i wydało mi się to niewiarygodnie piękne.
Zbliżyłam się ku niemu, wodząc dłonią po rozgrzanym udzie, przywierając wargami do jego piersi, tam, gdzie mogłam wyczuć przyśpieszony rytm serca. Pierwszy raz śmiertelnik stał się dla mnie czymś więcej, niż posiłkiem – choć przecież już wcześniej umiałam czerpać radość z dotyku ludzkiego ciała. Lecz tym razem zaważyła ciekawość nas obojga, jak również to, że nie mogłam kogoś takiego jak on traktować jak niższej istoty – lecz raczej jak kogoś równego mi statusem, pana świata takiego, jak i ja.
Teraz więc rozumiem uczucie, które mój syn żywi do swego kochanka, rozumiem, czemu Sariel wybrał miłość Elpis – a wiele setek lat później miłość ślicznej Twilight. Nigdy co prawda nie związałam się tak blisko z żadnym śmiertelnikiem, miłością mego życia był Alexiej, lecz spotkanie z Akritesem zapamiętałam na zawsze.
Potem, gdy dym rozwiał się, my zaś leżeliśmy obok siebie – on wyczerpany, ja napełniona energią jego krwi, usłyszałam z jego ust słowa, nad którymi nie panował.
- Sophio, dziecko zdradzonego klanu...
Zadrżałam, słysząc w jego głosie słowa wypowiedziane już przez Kopta. Czy magowie mogą być szaleni? Czy w szaleństwie mogą wieszczyć tak, jak Malkavianie?
On zaś mówił dalej:
- Jest krew przed tobą, krew na twej drodze, z krwi się narodziłaś, i wiele krwi przelejesz. Ujrzysz twój kraj w ruinie, twój dom zrównany z ziemią. Będziesz mieć armie za sobą i armie przed sobą. Ujrzysz gorycz porażki, poczujesz popielny smak klęski. Ci, których kochasz odejdą, ty zaś będziesz stała sama, silna, lecz samotna, jak górska turnia. Sophio, dziecię Smoka, przyjdzie dzień, gdy przelejesz morze krwi, lecz nie przyniesie ci to zwycięstwa, a jedynie pustkę. Mądrze wybieraj, gdy przyjdzie ci wybierać potomka, bo dziecię z twojej krwi przyniesie odrodzenie – lub klęskę.
Cofnęłam się, patrząc na jego nieobecną twarz, oczy wywrócone białkami do zewnątrz. Drżałam, głupia, wówczas jeszcze nie nauczyłam się, że lęk przed przepowiednią sprawi, iż jej spełnienie przyjmie najtragiczniejszą postać.
- Strzeż się tego, który nie jest ani kobietą, ani mężczyzną... Przyjdzie ich bowiem dwóch i przyniosą nam zmianę – zdradę i łzy.
Nie rozumiałam. Przepowiednie mają to do siebie, że pojmujemy je dopiero wówczas, gdy się spełnią.
Patrzyłam, jak ciało mężczyzny pręży się gwałtownie i opada zwiotczałe na poduszki. Oczy powróciły na swoje miejsce, brunatne, półprzytomne. Dłoń drgnęła spazmatycznie, uniosła się do czoła.
- Znowu – mruknął, pocierając skórę na linii włosów i siadając. – Co mówiłem?
- Bełkot – wzruszyłam ramionami – nic zrozumiałego.
Boże, ależ byłam głupia, ale naprawdę uważałam to za bełkot.
- Zepsułem nam wieczór.
- Nie, nie zepsułeś – zaprzeczyłam. – Jeszcze się nie skończył.
Kolejne godziny do świtu spędziliśmy rozmawiając. O miejscach, które widzieliśmy, o istotach, które spotkaliśmy, o wszystkich legendach, których prawdziwość pragnęliśmy zbadać. O Bizancjum – pięknym mieście, które on nazywał domem, ja zaś – jednym z przystanków na mojej drodze. Opowiadał mi o swoim mistrzu, który podróżował właśnie po zachodzie Europy, prosząc tamtejszych mędrców o posłuchanie w sprawie nadchodzącej wielkiej wojny. O tym, jak spędził dzieciństwo na ulicach miasta, jak bawił się w wyschniętych podziemnych cysternach ze swoją przyjaciółką i jak któregoś dnia zmuszeni byli uciekać przed czymś, co wypełzło z głębi kanałów. Nie pozostałam dłużna, dzieląc się własnymi doświadczeniami.
Boże, jak młodzi byliśmy wtedy – on, ledwo dwudziestoletni, ja, nie mająca za sobą jeszcze nawet stulecia. Pragnęliśmy tego, co miał nam przynieść świat i żadne z nas nie zważało na przepowiednie obiecujące nam nie radość, lecz gorycz.
***

„W tym szaleństwie jest metoda” – napisał niemal dwieście lat później pewien wielki człowiek. Miał rację. Do czasów jego życia i ja sama zdążyłam się nie ignorować przepowiedni. Spory udział miał w tym Sethur. Pamiętam, jak kiedyś, dość świadomy, by to uczynić, poprosił mnie o wysłuchanie go. Ujął moją twarz w dłonie – miał palce miękkie niemal jak śmiertelny człowiek. Spojrzał na mnie łagodnymi, bezwiecznymi oczyma, tak czarnymi, że tęczówki i źrenice zlewały się w nich w jedno.
- Sophio – rzekł miękkim głosem. – Wątpisz.
- W co?
- W to co widzisz. W to, co słyszysz. Ignorujesz znaki, dziecko.
- Jestem czujna.
- Tak – kiwnął głową. – jeśli chodzi o zachowanie innych, loty ptaków, szum fal... ale nie widzisz tego, co ukryte, a gdy ktoś próbuje ci to pokazać, bronisz się.
Jego kciuki ślizgały się po mojej twarzy, a oczy, bezdenne i niepokojące, wwiercały się w moją czaszkę. Niewiele osób znałam, które miały równie straszne oczy, a tylko jedną, której spojrzenie było straszliwsze... a wszyscy oni znali obłęd i widzieli to, co kryje się za nim.
- Wiedz, dziecko, że kiedyś ktoś, może to będę ja, może kto inny, spróbuje siłą zmusić cię, byś przyjęła prawdę... a wtedy nie będziesz już tym, kim jesteś.
***

Gdy wróciłam przed świtem do pokojów, które wynajęliśmy, nie było tam Sariela. Za mało miałam czasu, by go szukać i zapadłam w letarg, nie wiedząc, gdzie mój towarzysz podróży spędza dzień. Wieczór zastał mnie samą, nie znającą miasta, zagubioną. Żałowałam, że, rozstając się nad ranem z Akritesem, nie poprosiłam go o radę i przewodnictwo. Stałam więc teraz samotna przed oberżą, przed sobą mając hałaśliwy rynek, zapewne jeden z głównych placów miasta, gdyż Sariel zaprowadził mnie do najlepszej możliwej gospody. Widziałam ściany i dachy cesarskiego pałacu, widziałam kopułę Hagia Sophia – i nie wiedziałam, czy mam prawo odwiedzić którekolwiek z tych miejsc. W dawnych dniach zostałabym przedstawiona jednemu z rządzących miastem Kainitów – lecz od dwustu lat panowanie mego rodzaju nad Bizancjum było kruche... Śmiertelni trzymali władzę, w ich cieniu krążyli magowie – tych ostatnich znał Akrites, lecz oni nie chcieliby znać mnie. Gdzieś w tym wszystkim musieli być Spokrewnieni, sami pociągający za sznurki, śniący o dniach swojej potęgi... lecz gdzie?
Widziałam targowisko – gwarne mimo późnej pory. Och, mylicie się wy, żyjący w czasach elektrycznych świateł, sądząc, że niegdyś życie zamierało po zmroku... W tych czasach, gdy dzieci nocy swobodnie chodziły między wami, pora po zmierzchu nie była czasem martwoty. Gdy słońce zachodziło, ożywały karczmy, zamtuzy, w pałacach możnych odbywały się bale, na ulicach zaś nadal załatwiano interesy – często te mniej legalne, lecz i uczciwym kupcom zdarzało się handlować po zmroku. Wiedzieli, że są tacy, którzy nie załatwiają swych spraw za dnia.
Pozbawiona przewodnika, poczęłam krążyć po rynku, przypatrując się targowisku, sklepom oświetlonym lampami olejnymi, ludziom, których twarze nierzadko miały wschodnie rysy.
Między pięknem widziałam jednak ślady upadku – puste stragany, handlarzy zawyżających ceny towarów, które po drugiej stronie Bosforu nie byłyby warte wiele, przybyszów ze wschodu, skarżących się, jak trudno było im przedrzeć się między Turkami. Dni chwały tego miasta przeminęły, ja zaś widziałam, jak sen o jego pięknie rozwiewa się w bladym świetle, zwiastującym nadejście nowej ery.
W kilka godzin po zmroku ujrzałam na ulicy Sariela. Szedł ku mnie – niemniej mroczny i ponury, jak w chwili tuż po zabiciu diabolistki. Widziałam plamy krwi na jego płaszczu.
- Nie wróciłeś – oznajmiłam, opierając dłonie na biodrach.
- To poważniejsze, niż myślałem, Sophio – rzekł.
- Co się dzieje?
- To... nie wiem – potrząsnął głową – sam nie wiem.
Ja byłam młoda, on – stary, a żadne z nas nie wiedziało tak wielu rzeczy...
- Co to znaczy, że nie wiesz?
- Sophio... To jest coś co mnie przyciąga. Muszę pomóc tej kobiecie.
Jedno wiedziałam – jeden, jedyny aspekt całej sprawy – już wtedy był bez pamięci zakochany w tej greczynce, choć nie zdawał sobie z tego sprawy.
- To obowiązek – kontynuował – moje powołanie. Ona i jej nauczyciel są ścigani przez coś... coś naprawdę silnego... Nie zostawię ich.
- A ja? – obruszyłam się – obiecałeś mi.
- Zaprowadzę cię do Torreadora sprawującego pieczę nad tym miastem. On o ciebie zadba, zapewni ci obstawę, pokoje, towarzystwo.
Zgodziłam się, niezadowolona.
Jednak już następnej nocy Sariel wrócił – przybity jeszcze bardziej. Nie mówił wiele o tym, co wydarzyło się przez te dwie noce. Podążał za nim cień – ktoś krył się w mroku zaułków, ciemna postać, nie będąca śmiertelnym... Raz jedynie dostrzegłam jej oczy – lśniące, stare i bystre, ukryte w czarnej twarzy. Rozpoznałam skrytobójcę ze wschodu.
Ostrzegłam Sariela. Pokręcił tylko głową.
- Kimkolwiek jest, to obserwator. Sprawdza mnie. Ale ja... nie będę robić gwałtownych ruchów.
Wymykał się czasem. Raz widziałam, jak rozmawia z kobietą. Jej głowę spowijał szal, lecz rozpoznałam tę greczynkę, Elpis. Dotykał jej policzka, pod mglistą tkaniną szukał jej włosów, spoglądał w oczy. Dla niego nie miały dna.
Odwiózł mnie do Twierdzy, lecz prędko wyjechał znowu – z powrotem do tej kobiety.
Jej nie spotkałam już nigdy i nigdy nie miałam okazji porozmawiać z nią w cztery oczy Nigdy nie widziałam Stravosa i nie dowiedziałam się, kim był śledzący nas z mroków nocy zabójca.
Tylko dwie przepowiednie miały nawiedzać moje sny przez kolejne stulecia.
***

Wybaczcie. Może wrócę kiedyś do tej opowieści. Poznałam wówczas wiele ciekawych osób, część z nich przyszło mi spotkać także i w moim późniejszym nieżyciu. Urywam, ale wspomnienia tamtych pierwszych nocy w Bizancjum bolą. Czuję gorycz. Czuję smutek. Akrites Solonikas przepowiedział mi kiedyś, że zostanę sama, Sethur jednym swym spojrzeniem uświadomił mi, jak wielką wagę mają przepowiednie... Bezimienny Kopt, opiekun diabolistki, znał prawdę, której nie umieliśmy rozpoznać.
Wybaczcie. Jestem zimna, lecz nie jestem z kamienia. Moje uczucia trwają stulecia i nigdy nie zapominam tych, których w jakiś sposób kochałam...
Widzę, jak za oknem Twierdzy niebo szarzeje. Następnej nocy zacznie się narada – „wojenna”, jak twierdzą mój syn i Morgan Demetrius... to, czego Sariel dokonał... Nie, o tym dowiecie się później, może ode mnie, może od kogo innego... Ja może jeszcze kiedyś wrócę, lecz na razie pozwólcie mi kontynuować opowieść o zdradzie i zmianach – tak, tych, które przepowiedziano mi tamtej dziwnej nocy...

24.września.2009



9 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Rasowe Rasowe.mylog.plpiątek, 25.września.2009, 14:06
87.206.44.220

Droga An-Nah,

mimo, że odeszłam z ocenialni Rasowe Oceny, to ocena Twojego opowiadania pojawi się i to zapewne jeszcze niedługo.

Mr. hide nad Mrs. Seek

Rasowe Rasowe.mylog.plpiątek, 25.września.2009, 17:31
87.206.44.220

No i właściwie to własnie ukazała się ocena Lady pod numere 48. Enjoy i żegnam

Mr. Hide and Mrs. Seek

Rasowo Rasowo.mylog.plpiątek, 25.września.2009, 18:44
87.206.44.220

Oczywiście cerkiew to kościół prawosławny. Ale osobiście uznałam, czytając ten tekst, że mówisz o kosciele katolickim. A w tamtych czasach o ile mi wiadomo, Hagia Sophia należała prawosławnego wyznania. Wiem, że wybudowano ją przed Schizmą (choć my, prawosdławni nie uznajemy tej nazwy i tak właściwie dla nas to 'rozłam'). Wiesz, Hagią Sophią interesowałam się kiedyś troszku jako prawosławna. Dlatego uznałam, że mam prawo zwrócić uwagę. I jako prawosławna odczytuję słowo kościół jako kościół prawosławny.

I rzeczywiście dla postronnego czytelnika ten tekst nie jest do konca jasny. Ja oczywiście całego Zierzchu nie znam. Głównie tylko do 6 rozdizału pierwszej ksiegi. I choc rozumiałam wiele wiecej niz napisałam, to jak to mam w zwyczaju, iocenę pisałam, jakbym była  zwykłym czytelnikiem szukającym rozrywki. Dlatego nie łączyłam Lady ze Zmeirzchem

pozdrawiam

Mr. Hide and Mrs. Seek

Mr. Hide and Mrs. Seek Mr. Hide and Mrs. Seek.mylog.plśroda, 30.września.2009, 19:42
90.156.90.149

Odpowiem tutaj pani Pandorze, i mam nadzieję, że An-Nah przekaże jej moją odpowiedź. :)

Dziękuję bardzo za miłe słowa o jakości oceny. Bardzo mi to pochlebia zwłaszcza z ust osób, które (mam nadzieję) znają sie na rzeczy.
Oczywiście miałam prawo nie wiedzieć, że Marius jest twoim wymysłem. Ale cóż... Po prostu oceniałam to jako całkowite dzieło An-Nah. Inaczej by to wyglądało, gdyby wyznaczyła która postać nie jest jej. Myślę, że to byłoby ciekawe dla czytelnika. A dla mnie po prostu wyznaczyłoby które postacie mogę ominąć w ocenie.
Co do pytania o 'Zmierzch'. No cóż. To nie jest akurat wina opowiadania. Raczej wina niczyja. Zmierzch czytałam do szóstego rozdizału jako poczatkująca oceniajaca (może ktoś skojarzy oceny sztuki). Potem nastapiło u mnie odrzucenie od blogowania. Wróciłam dość niedawno. A pani An-Nah, szacowna autorka, pisze już drugi tom. Znając długość jej notek. Widząc ilość tekstu do czytania, i wiedząc, że bez tego się pogubię, postanowiłam sobie darować 'Zmierzch'. A że do blogowania wróciłam dość niedawno, bo dopiero w wakacje, to moze jeszcze się skuszę na 'Zmierzch'. Bo szczerze mówiac lubiłam tę historię. Jednak z najlepszych na Mylogu, aż szkoda, że nie zupełnie autorska, by wydać w książce. W każdym razie dlatego nie czytałam dalej Zmierzchu.

I do An-Nah:
Mogłam to ocenić porównując tekst z tym co pamietałóam ze 'Zmiezrchu'. Ale ja generalnie powiazxane teksty oceniasm jako osobne opowieści. Bo, powiedzmy, ktoś nie chce czytać 'Zmierzchu', ale chętnie przeczyta 'Lady...'. Więc oceniałam tak, jakby mógł to przeczytać ktoś nieznający 'Zmierzchu'. I widziałam niestety dużo rzeczy, które z twojej starszej opowiesci znam, a którye tutaj uznałas za pewnik. Dlatego właśnie oceniam to wsyzstko w taki sposób. Autorzy często zapominają, że nawet powiazane ze sobą opowiesci funkcjonują jednak jako opowiesci osobne. Mam nadzieję, że rozumiesz co miałam na myśli? Bo ja akurat w tyłumaczeniu dobra nie jestem. :)

W razie chęci odpowiedzi zapraszam na http://dreamers.mylog.pl/  jako, że już na Rasowych nie pracuję, a zawsze uważałam, że kontakt należy pozostawić.

Pozdrawiam obie panie

Mrl. Hide and Mrs. Seek badź Dith Luan

Chiyo Chiyo.mylog.plniedziela, 4.października.2009, 15:38
94.168.204.183

Heyka!
Uprzejmie informuję, iż Twój blog został oceniony na Ławie. :)
Pozdrawiam serdecznie

GG GG.mylog.plponiedziałek, 5.października.2009, 20:46
81.219.244.158

Właściwie to trudno mi powiedzieć coś konkretnego, ale rozdział mi się podobał i jest chyba jednym z lepszych.I bardzo, bardzo podobają mi się nawiązania do Zmierzchu. Choć akurat szczególnie do gustu przypadła mi pierwsza scena, pomimo braku Sariela. Akrites zdaje się ciekawą postacią, nie jest to chyba jednak do końca ta sama postać, którą poznajemy w jednym z opowiadań do Zmierzchu, prawda? Tu wydaje się sam nie do końca rozumieć swoje przepowiednie, tam zdaje się wiedział wszystko o przyszłości...

No cóż, czekam na ciąg dalszy;p

(Btw. jeśli miałaś dziś spódnicę i coś takiego jak czerwony sweter, to chyba cię przed drugą w Colegium Broscanium widziałam;p Miałam nawet podejść, ale stchórzyłamXD)

kura z biura kura z biura.mylog.plśroda, 7.października.2009, 01:00
91.123.168.117

A dlaczego Waćpan-nah nie przyznawała się, że pisze? Znalazłam dopiero przez ocenialnię!

Lena Nika Lena Nika.mylog.plsobota, 10.października.2009, 13:59
87.205.205.49

Nieco depresyjne się robi twoje opowiadanie... Nie, żebym marudziła, co to to nie. Bo mnie dziwnie ciągnie do takowych.
Muszę się nieco wysilić, żeby nie zgubić wątku i zrozumieć mniej więcej, co, jak i czemu. Ale da się, mimo że nie znalazłam jeszcze niestety czasu, aby przeczytać twój "Zmierzch". Tak, zerknęłam na ocenę Mr. Hide i Mrs. Seek i może nie o tyle mnie ona zdziwiła, o ile przekonała, że ona i ja mamy jednak inne poglądy na temat tego, jak powinno wyglądać dzieło literackie (cóż, już kiedyś na ten temat wymienialiśmy poglądy przy innej okazji...)
Wracając do rozdziału - dobrze zrozumiałam po ostatnim akapicie, że zamierzasz narazie porzucić wątek z Bizancjum i przenieść się dalej? Cóż, sposób narracji, bynajmniej cokolwiek niezwykły, pozwala ci na taki ruch i ciekawa jestem, o czym będzie następny rozdział.
Pozdrawiam!

//www.alitsea.ownlog.com//

pater-noster Pater Nostermylog.plniedziela, 18.października.2009, 14:43
79.186.122.159

Dziękuję Ci za wyczerpujący komentarz, tego mi było trzeba.
Już kilka osób zwracało mi uwagę, że powinnam stylizować język. Zgadzam się z tym, ale przyznam szczerze, że trochę się boję. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że wyjdzie mi to pretensjonalnie i dziwnie, i będzie zalatywać sztucznością.
Jeżeli zaś chodzi o język, w którym mówią Alena i Marcin - bez wątpienia jest to czeski, gdyż Marcin, będąc poniekąd podróżnikiem, nieraz odwiedzał Czechy i zdążył się co nieco nauczyć. A dlaczego podróżuje pieszo? To wyjaśnię w następnym rozdziale ;)
I na pewno mnie znasz, a ja znam Ciebie - stare dobre czasy, że tak to ujmę. Niemniej jednak dziękuję Ci serdecznie za komentarz, wnikliwe przeczytanie i uwagi - przyjęłam do wiadomości i obiecuję poprawę.
Pozdrawiam! :)



Minęło:
Opowiadania: 1   2    3    4   5   6   7    8   9   10   11   12   13   14   


Do ulubionych    Podlinkuj