8. O wizjonerach
Ile ironii ma w sobie cały ten bizantyński epizod naszej historii... Ile goryczy, ile znaków, których nikt spośród nas wtedy nie odczytał... I ta przeklęta przepowiednia... Teraz, patrząc wstecz, widzę, jak wiele popełniliśmy błędów, ignorując je, lub źle interpretując... O ile świat byłby inny i o ile inni bylibyśmy my, gdybyśmy tylko zrozumieli...
Zgodnie z obietnicą daną Sarielowi wyruszyliśmy nazajutrz na obrzeża miasta, do klasztoru, gdzie miał ponoć przebywać legendarny prorok jego klanu – Achmet Śniący. Za murami monastyru mógł być bezpieczny –tak przed śmiertelnymi, jak i przed Kainitami, którzy z biegiem stuleci coraz częściej odwracali się od klanu Salubri i zaczynali ścigać i zabijać jego członków... Od dwustu lat los Achmeta był nieznany – przed pięciu laty Sariel dowiedział się od pewnego Ravnosa o pobycie wizjonera w Bizancjum, w swej starej pustelni. Wiadomość potwierdziło dwóch Nosferatu, a wiadomo, że o ile Ravnosi lubią poprawiać rzeczywistość, Nosferatu nie zwykli kłamać. Tak więc staliśmy przed furtą monastyru, oko w oko z czarno odzianym, milczącym mnichem, marszczącym na nasz widok czoło z zakłopotaniem – a może i podejrzliwością... Widać nieczęsto gościł osoby tak niecodzienne, jak nasza dwójka.
- Prorok? Pragniesz ujrzeć proroka, szlachetny panie?
Sariel kiwnął głową.
- Owszem, mnichu.
Mężczyzna nie odrzekł nic, zniknął tylko za zamkniętymi drzwiami. Pomyślałam, że odprawi nas z kwitkiem, on jednak wrócił po chwili w towarzystwie osobnika niemal dorównującego wzrostem i chudością – choć nie muskulaturą – Sarielowi. Wysoki mężczyzna w mnisim habicie był Spokrewnionym – i po szalonym uśmiechu oraz przenikliwym spojrzeniu bez trudu poznałam jego klan.
Miał ciemną skórę, spaloną słońcem i wiatrem, nie do końca jeszcze pobladłą za sprawą wieku, lecz nie tak ciemną, jak skóra Assamitów. Po rysach twarzy odgadłam, że musi być Koptem rodem z Egiptu. Pod krawędzią habitu widziałam skraj tatuażu, zdobiącego, jak przypuszczałam, ramiona i plecy Kainity.
- Rzadko widzi się dziś Smoka i Jednorożca podążających ramię w ramię – rzekł śpiewnym głosem. – Przybywacie po mądrość?
- Tak – odparł Sariel, skłaniając się – przybywamy spotkać się z prorokiem, który przebywa w tym klasztorze. Zaprowadzisz nas do niego, Dziecię Księżyca?
- Ty jesteś Sariel, wojownik z linii Samiela – rzekł Malkavianin, wpatrując się w twarz mego towarzysza – ty zaś jesteś Sophia z krwi Morgana Demetriusa, który był synem jednego z cesarzy. Powiedzcie mi, upadli aniołowie, po co przybywacie to miejsca wzniesionego na chwałę Bożą? Czyż Bóg nie odrzucił was za wasze przewinienia, Sarielu, który opuściłeś zastępu Pana, Sophio, która dla fałszywego poznania oddałaś nieśmiertelność duszy?
Kpił z nas – to oczywiste. Oboje nosiliśmy anielskie imiona – i nasi patroni mogli zostać uznani za upadłych, skoro Księga Henocha opisywała, jak archanioł Sariel sprzeciwił się przeciw Bogu w imię miłości – lub pożądania – dla ludzkiej kobiety, zaś większość pism gnostyckich opowiadała o upadku boskiego Eonu – Sophii.
- Mądrość jest aspektem Boga – powiedziałam – skoro w tym mieście stoi kościół wzniesiony na jej chwałę.
- Niedługo. Niedługo wejdą Turcy do miasta i przemienią świątynię w meczet. Ciesz się jej pięknem póki możesz, pani ze zdradzonego klanu... A ty – spojrzał na Sariela – ty, wojowniku światła, ujrzysz dziś proroka, lecz nie wiem, czy ujrzysz to, czego pragniesz...
Sariel ściągnął brwi, zmarszczył ukryte pod chustą czoło. Czuł już, że coś się nie zgadza i że podąża na spotkanie z kimś zupełnie innym. Jego informatorzy pomylili się, lub też wprowadzili go w błąd. Malkavianin zaś kpił z nas w żywe oczy, prowadząc nas korytarzami klasztoru coraz bardziej w głąb.
Czym jest szaleństwo? Ci, którzy go nie doświadczyli, nie pojmą go. Lecz ci, którzy zanurzeni są w nim na wieczność...
Mówi się, że Malkavianie są szaleni, gdyż widzą więcej – oto zapłata za dar, który otrzymali, oto ich przekleństwo. Mówi się też coś przeciwnego – że w zamian za odebrany rozum ich stwórca został wynagrodzony zdolnościami wieszczymi. Co jest prawdą? Może obie te teorie na równi.
Tamtej nocy, schodząc w głąb wilgotnych, mrocznych kazamatów, jakimi były podziemia klasztoru, zastanawiałam się, czy i wizjoner z klanu Salubri będzie szalony. Zdążyłam już usłyszeć o nim niesamowite opowieści – że pozbawiał się letargu za dnia, że wiele tygodni był w stanie nie spożywać krwi, zupełnie jak ci, którzy osiągnęli legendarną Golcondę... Że gdy zasypiał w końcu, to jedynie po to, by wysłać swój umysł do świata snów, gdzie rozmawiał z innymi Spokrewnionymi, duchami oraz mędrcami, którzy, choć śmiertelni, posiedli boską niemalże moc.
Kopt sprowadził nas do wielkiej sali, której kopuła wznosiła się dobre kilkanaście metrów ponad naszymi głowami, dno zaś leżało kolejnych kilkanaście metrów w głąb, wykute w żywej skale. Nie wiem, czemu pierwotnie służyło to niezwykłe miejsce – przypuszczam, że jeśli istnieje do dziś, zostało zajęte przez Assamitów lub przez inną siłę, zdolną ukryć je przed oczyma śmiertelników. Bo też i ujawnienie go musiałoby zmienić poglądy na historię świata (Tak, jak niedługo zapewne odmieni je ujawnienie zaginionego miasta na pustyni – Iram... lecz nie uprzedzajmy wypadków...) – czułam, że jest odwieczne, prastare, że stopy, które wygładziły kamienne stopnie wiodące w dół chodziły tu już przed tysiącami lat...
Na dnie sali wydrążono w skale otwory, w które wprawiono metalowe pręty. Te, połączone obręczami, tworzyły wielką klatkę. Pośrodku niej, w blasku lamp, zwieszających się z niebotycznego sufitu na mocnych, żelaznych łańcuchach, dostrzegliśmy postać siedzącą na piętach. Postać odziana była w długą, ciemną szatę, czarne włosy opadały na jej plecy jak płaszcz. Pochylała się, szepcąc cicho słowa modlitwy – lub zaklęcia.
Sariel zbliżył się do prętów. Wolnym ruchem zsunął chustę z czoła. Trzecie oko zabłysło w ciemnościach.
Prorok uniósł głowę. Dostrzegłam białą skórę i iskrzące się nadnaturalnym światłem linie tatuaży i malunków, które ja pokrywały. Ujrzałam oczy – brązowe, duże, kształtnie wykrojone oczy pięknej niegdyś kobiety – i trzecie oko, nie rzeczywiste, jak u mojego towarzysza, lecz wytatuowane na czole czerwoną linią.
Sariel cofnął się, zaskoczony. Tak, Malkavianin miał rację, nie ujrzał tego co pragnął. Nie widział bowiem proroka Achmeta, lecz nieznaną kobietę, nie z jego klanu dodatkowo.
Kobieta uśmiechnęła się, unosząc dłoń.
- Sarielu – rzekła – widzieliśmy w naszych snach, że nadchodzisz. Zbliż się do nas, synu Raguela.
Jej głos był dziwny. Melodyjny, spokojny, ale mocny, zwłaszcza wzmocniony doskonałą akustyką sali. Wydało mi się, że słyszę w nim drugi głos – i że nie są to jedynie echa. Przypatrzyłam się kobiecie dokładniej, używając moich mocy.
Jej aura tchnęła spokojem i pewnością siebie – lecz cała wypełniona była czarną siecią.
Znałam ten znak. Nauczono mnie rozpoznawać go – i nie ufać tym, którzy go noszą, bo choć wielu Spokrewnionych uległo pokusie pochłonięcia cudzej duszy, zawsze będziemy uważać to za zbrodnię.
Diabolistka.
Chwyciłam Sariela za ramię.
- Widzisz?
- Owszem – stwierdził, krzywiąc się z obrzydzeniem.
Pomyślałam o tym, jak wielu członków jego klanu zginęło w ten sposób – okradzeni z krwi i mocy przez uzurpatorów, którzy zajęli ich miejsce.
- Zbliż się – powtórzyła kobieta, wyciągając dłoń, która w swojej smukłości podobna była do dłoni mego towarzysza. – Krzyżowcze, Księżycowy Rycerzu, Ukochane Dziecię. Poznaj swoje przeznaczenie.
- Kim jesteś? – spytał, zaciskając srebrne palce na kracie.
- Jesteśmy Achmetem. Jesteśmy tym, co miało się stać. Jesteśmy przeznaczeniem naszego klanu.
- Jesteś diabolistką. Jesteś uzurpatorką.
Widziałam, jak jego palce zaciskają się mocniej, jak pręt wygina się pod wpływem nadludzkiej siły.
- Jesteśmy tym, czego masz dokonać, Ukochane Dziecię. Chodź do nas, dołącz do nas. Poprowadź nas. Zbaw nas.
- Nie zbawię cię, przeklęta.
Krata trzasnęła, pękła. Ujrzałam, jak diabolistka uśmiecha się szeroko, szczęśliwa. Szalona – tak, szalona.
- Wiesz, Ukochane Dziecię, czemu nasz ojciec pozwolił Czarownikom przyjść do siebie? Czemu wzywał ich w snach? Czemu opętał ich przywódcę? Wiesz?
- Jesteś Tremere – syknął Sariel, zbliżając się do kobiety – Przeklęta wiedźma!
- Wiesz, jaki jest boski plan wobec ciebie, Aniele?
- Wiem, jest kara dla ciebie.
Jego oczy zapłonęły gniewem.
Nie myślałam, że mój spokojny, łagodny towarzysz, mój piękny delikatny Sariel zdolny jest do takiej wściekłości. Teraz jednak jego umysł opętało pragnienie zemsty – za zdradzony i zdziesiątkowany klan, za śmierć Achmeta i zbrodnię bezimiennej Tremere. Za zemstą zaś podążyła Bestia – jądro ciemności, istniejące w każdym z nas, serce boskiej klątwy, która uczyniła nas potworami.
Piękne, srebrzyste dłonie sięgnęły do gardła kobiety. Sądziłam, że w irracjonalnym porywie próbuje ją udusić, on jednak chwycił jej szyję, skręcając kark. Diabolistka uśmiechnęła się szerzej.
- Wybrałeś – rzekła.
Sariel szarpnął mocniej. Trzasnęły kręgi szyjne, rozerwała się skóra, bryznęła krew. Przez chwilę widziałam głowę kobiety w jego ręce i ciało, opadające na skałę. Potem z wizjonerki pozostał proch.
Mój srebrzysty rycerz stał w chmurze popiołu, z oczyma lśniącymi wściekłością, obnażonymi kłami.
Bestia opanowała Anioła.
Patrzyłam na to z lękiem w oczach, aż do ostatniej chwili niepewna, czy teraz Bestia nie obróci się przeciw mnie i czy nie podzielę losu kobiety, Sariel jednak opanował gniew.
Znów był sobą, pięknym i spokojnym, lecz przygarbionym, jak pod wielkim ciężarem. Zamknął oczy, wsparł się ramieniem o pręt klatki.
- Bluźnierstwo – rozniósł się po sali donośny głos Kopta. – Popełniłeś bluźnierstwo, upadły aniele, rozlałeś krew w miejscu poświęconym Jedynemu! Zabiłeś świętą kobietę w imię zemsty.
- Wiedziałeś, że to zrobi – krzyknęłam wskazując palcem Malkavianina – a nie zrobiłeś nic, by ją ocalić. Ona była Tremere i diabolistką, Sariel miał prawo ją zniszczyć!
- Nie rozumiesz nic, dziecię zdradzonego klanu – Kopt schodził ku nam po wykutych w skale stopniach, które przed momentem sami pokonaliśmy. – On też nie uczynił nic, by zrozumieć. Prorokini mogła powiedzieć mu prawdę, pokazać mu przeznaczenie jego klanu – i jego samego. Sarielu, synu Raguela, syna Samiela, syna Saulota, Ukochane Dziecię twego klanu – ciemny, chudy palec wskazywał prosto na czoło mego towarzysza – pomnij me słowa. To, co uczyniłeś dziś, uczynisz ponownie. I jeśli pozwolisz Bestii prowadzić swój miecz, twa dusza przepadnie na zawsze. Przeklinam cię, bluźnierco. Przeklinam na wieki.
Sariel popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem. Nie powiedział nic.
Chwyciłam go za ramię.
- Chodźmy – rzekłam, nie patrząc na Malkavianina.
***
Trzymałam w ramionach czarnoskórą piękność. Śmiała się, mówiąc, że rzadko bywa pieszczona przez kobiety i że żałuje, gdyż niewieście palce mogą przynieść jej więcej rozkoszy, niż męski członek.
- Nie wiesz nawet – rzekłam – ile rozkoszy mogą dać ci moje usta.
Przysunęła do mnie gibkie ciało, mrucząc jak pustynny kot.
Przywarłam do jej tętnicy, spełniając obietnicę w sposób, jakiego piękna Nubijka nie spodziewała się nawet. Krzyknęła, porażona nieoczekiwaną ekstazą.
Sariel siedział w pewnym oddaleniu, nie patrząc, jak poczynam sobie z kurtyzaną. Odmówił towarzystwa, zgadzając się łaskawie pozostać w zamtuzie, choć widziałam, że ciągnie go do nocnego chłodu. Nie chciałam jednak, by został teraz sam, a i w swej naiwności liczyłam, że trochę przyjemności odwiedzie go od kontemplowania krwawego czynu, którego dokonał.
- Pani, to niezwykłe – jęknęła kurtyzana, gdy zlizałam z jej szyi kroplę krwi. – Jak to robisz?
- To moja mała tajemnica – mruknęłam, obejmując dłonią ciemną pierś.
Dopiero się rozkręcałam, pieszczenie jej i spijanie pojedynczych kropli krwi z jej ciała było zaledwie przystawką przed kolacją.
Sariel zamruczał coś pod nosem, udając, że nas nie dostrzega.
- Twój przyjaciel, pani, jest mnichem czy eunuchem?
- Mój przyjaciel – rzekłam głośno, tak by mnie usłyszał – jest idiotą z poczuciem winy.
Na te słowa Sariel wstał, z góry spojrzał na mnie i na kurtyzanę.
- Sophio, nie zamierzam oglądać tego żałosnego spektaklu! Jeśli jesteś dość nieczuła, żeby bawić się w najlepsze po tym, co zaszło...
Wyplątałam się z ramion i nóg Nubijki i stanęłam naprzeciw niego.
- Gdybym była nieczuła, pozwoliłabym ci iść i odprawić pokutę, jakakolwiek sobie obmyśliłeś. Nie zmienisz tego, co zrobiłeś i tyle. Ciesz się tym, co masz, bo jeśli zamierzasz się zamartwiać, może powinieneś od razu poczekać na wschód słońca?
- Nie rozumiesz, Sophio...
- Twoich skłonności do męczeństwa? Nie, nie rozumiem. Jeśli chcesz cierpieć całą wieczność, możesz zacząć teraz. Ja zamierzam cieszyć się tym, co nam dano – Usiadłam z powrotem na stosie poduszek i arabskich kobierców – Pocałuj mnie, moja piękna – poleciłam
Kurtyzana z ochotą wypełniła rozkaz, a ja przecięłam zębami jej wargę. Jęknęła z rozkoszy.
Ponad jej ciemnym ciałem ujrzałam, jak otwierają się drzwi do wynajętego przez nas pokoju i staje w nich młoda kobieta, greczynka, sądząc z ciemnych loków upiętych nad czołem i czarnych oczu.
Nie prosiłam o dwie dziewczyny, ale uśmiechnęłam się, zadowolona. Może Sariel jednak się zdecyduje – zważywszy na to, że kobieta podeszła do niego i przykucnęła przy nim.
Niedbale pieszcząc moją ciemnoskórą towarzyszkę, wytężyłam słuch.
- Mój mistrz – mówiła nowoprzybyła – pragnie cię widzieć.
- Kim jest?
- Nie znasz go. Nie w tym życiu. Na imię ma Stravos i jest Przebudzonym.
Aż zadrżałam z podniecenia. Mag? Jakiś mag wzywał Sariela do siebie?
-Nie mam powodu, by ufać Przebudzonym.
-Nie. Ale masz powód by wspomnieć Gwydiona de la Carenne.
Dostrzegłam zdziwienie w oczach Sariela – głębokie jak ocean.
- Pani, skąd...
- Mistrz kazał ci to przekazać... i... spojrzeć mi w oczy.
Ujrzałam, jak Sariel pochyla się, wykonując polecenie. Jak prostuje się nagle, jak wstaje, chwytając dłoń greczynki.
- Chodźmy, Elpis – powiedział pewnym siebie, mocnym głosem, zapomniawszy nagle o zbrodni, której dokonał.
Uśmiechnęłam się, widząc, jak podąża za nią. Nie próbowałam już go zatrzymywać.
***
Kolejny mój gość zjawił się w kilka minut po Elpis – zapewne nawet minął ją i Sariela po drodze.
Był mężczyzną, wysokim, o proporcjach klasycznego greckiego posągu i złocistej skórze. Ciemne włosy spięte miał w koński ogon, jego podbródek zaś pokrywał czarny zarost.
Nie pracował tu – najlepszy dom uciech w Bizancjum zatrudniał chłopców, lecz nie dojrzałych mężczyzn. Nie wydawał się też być klientem, zdziwiłam się więc, widząc, jak pewnym krokiem wchodzi do pomieszczenia.
Zaintrygował mnie, ale i zaniepokoił, spojrzałam więc głębiej, przypatrując się jego aurze.
Był spokojny, ciekawy, bez złych intencji... i migotał, cały lśnił od drobnych iskierek.
Po raz pierwszy widziałam coś takiego, zaskoczona wypuściłam więc Nubijkę z ramion. Ona zaś uśmiechnęła się szeroko do przybysza.
- Akritesie? Co tu robisz.
- Przyszedłem poznać twoją towarzyszkę, Melanio. Ponoć niezwykła z niej osoba.
- Tak, ale...
Nazwany Akritesem mężczyzna przypatrywał mi się z zainteresowaniem. Wstałam i odwzajemniłam to taksujące spojrzenie.
- Pani – rzekł w końcu – nazywają mnie Akrites Solonikas, a ty jesteś pierwszym wampirem, jakiego widzę z tak bliska.
- Panie – odpowiedziałam, uśmiechnięta, bo jego szczerość, uprzejmość i charyzma wywarły na mnie wielki wpływ – jestem Sophia Drugeth Hommonay i’Tzimizce i pierwszy raz widzę aurę taką, jak twoja. Możesz zatem usiąść przy mnie i zaspokoić moją ciekawość, ja zaś – nachyliłam się ku niemu, oblizując wargi i chwytając palcami skraj jego tuniki – chętnie zaspokoję twoją.
Dla znających WoDa: Historię Achmeta i Teresy Kymeny zaczerpnęłam z "Constantinopole by Night", choć jak widać rozwinęłam ją po swojemu. Akrites Solonikas z kolei jest opisany przede wszystkim w "The Fragile Path".
Enjoy :)
28.sierpnia.2009