7. O historii magów oczyma Tzimizce widzianej, a także o tym, jak Sophia i Sariel do Konstantynopola przybyli
Wypada mi odbiec od narracji chronologicznej. Nie szanuję was, mili czytelnicy, ale czuję się zobowiązana sprostować parę rzeczy – a raczej opowiedzieć o pewnych wydarzeniach z własnej perspektywy. Wiele osób postanowiło opowiedzieć swoje historie... Moja jest tylko odłamkiem świata.
Jeśli czytacie tę drugą historię, tę długą i nieznośnie romantyczną, wiecie już zapewne, że w roku 1418 przebywałam z Sarielem w Konstantynopolu. Że w tym samym czasie Sariel spotkał tam Elpis i jej mistrza, Stravosa, który zginął wkrótce potem. Nie znacie oczywiście dokładnego przebiegu tych wydarzeń i nie macie nawet pojęcia, że uwikłane w nie było kilka innych osób.
Widzicie, sama Elpis nie była taką sobie przypadkową osóbką. Co prawda historia magów nie zapisała, z tego co mi wiadomo, jej imienia, lecz zapisała imiona innych, tych, których Elpis znała, niezwykle czasem dobrze. Wiem też, że i ona spisała swe przeżycia, część z nich znaleźć można w bibliotekach magów, strzępy odnalazłam w Twierdzy... A kontekst naszego spotkania, jak również mojego spotkania – pierwszego z dwóch – z pewnym wizjonerem – jest istotny.
Żyliśmy w burzliwych czasach, które zmieniły na zawsze rozkład sił tak pomiędzy Kainitami, jak i między Przebudzonymi. Gdy my próbowaliśmy opanować pożerający nas od wewnątrz bunt, oni dzielili się na dwie przeciwstawne siły, wszyscy zaś musieliśmy stawić czoła Inkwizycji – wyrazowi protestu śmiertelnych. Nie byliśmy święci, my, którzy tęsknimy teraz za wiekami naszej chwały. Miast być dobrymi władcami, byliśmy często tyranami. Zamiast dbać o poddanych nam śmiertelnych – wyzyskiwaliśmy ich. Okrucieństwo Vlada Palownika nie jest tu najjaskrawszym przypadkiem. Choć nie popieram metod osławionego Draculi, widziałam, jak pod jego panowaniem Wołoszczyzna rozkwita. Inni nie mieli takiego daru i nie rozumieli ziemi tak dobrze jak on. Widziałam uciśnionych śmiertelnych, przeklinających głód i tyranię. Szerzące się choroby, pola stratowane przez zbrojnych, grasujących po lasach rozbójników i gorsze od nich bestie, z których wilkołaki były najmniej okrutne.
W takich warunkach bunt wisiał na włosku. Dla nas zaczął się od domu Ruthven, ale trudno mi powiedzieć, w którym momencie wybuchł naprawdę. Co było iskrą, która podpaliła tę kadź prochu?
O historii magów nie wiem wiele, mam jednak doskonałego informatora. Kochanek mojego syna należy do Eutanatoi, Tradycji tak bliskiej memu domowi, jak żadna. Trudno o lepsze źródło wiedzy, choć niewątpliwie jego relacje zabarwione są osobistymi poglądami i specyfiką tak niezwykłego miasta, jakim jest Kraków.
Wedle jego słów w XIII wieku część magów zorientowała się, jakimi tyranami Przebudzeni stali się dla ludzkości. Przerażeni, postanowili owi magowie obalić tyranię swych pobratymców i ochronić ludzkość przed niebezpieczeństwami. W odebranej jednemu z nadnaturalnych tyranów twierdzy zwanej Białą Wieżą zawiązali pakt przeciw wszystkim, którzy zagrażaliby śmiertelnym. Dzień zawarcia owego paktu do dziś magowie z Dziewięciu Tradycji uważają za dzień żałoby. Przez kolejne dwa stulecia powstały wówczas Porządek Rozumu rósł w siłę, aż w końcu, w połowie XV wieku, nadszedł moment krytyczny, moment skonsolidowania się Dziewięciu Tradycji.
Pół wieku przed tymi wydarzeniami, nieświadoma rozgrywek między magami i ledwo co świadoma ich istnienia, podróżowałam po Europie Środkowej. Towarzyszył mi mój ojciec – razem przemierzaliśmy Karpaty, odwiedzając kolejnych członków naszego Klanu. Na jesieni roku 1418 zatrzymaliśmy się na zimę w Twierdzy. Marius planował zostać tam do wiosny, ale ja byłam jeszcze młoda i czasem brakowało mi cierpliwości. Życie w drodze przypadło mi do gustu, zamknięcie się w twierdzy, choćby i tak wspaniałej, na dobrych kilka miesięcy wydawało mi się nudne. Wiedziałam, że w najsroższą zimę nikt nie przyjedzie do Twierdzy, a głodna byłam poznawania nowych osób.
W jakiś sposób ten głód i rosnąca frustracja zostały dostrzeżone. Zauważyła je Maura, sama zagorzała podróżniczka. Poradziła mi poszukać sobie towarzysza, który służyłby mi jako przewodnik i strażnik. Kogoś doświadczonego, znającego drogi. I kogoś, czyj rozsądek poskromi moją ciekawość, a przynajmniej utrzyma ją w ryzach na czas jakiś.
Znalazłam odpowiednią osobę w noc później, dość nieoczekiwanie. Stał przy oknie i obserwował dolinę. Niebo było czyste, ale księżyc otaczała lisia czapa. Żółtawy blask był jedyną latarnią, jaka służyła nieznanemu mi Spokrewnionemu – wysokiemu, chudemu cieniowi opartemu o parapet.
Mój pewny siebie krok i szelest jedwabnej sukni zwrócił jego uwagę. Kainita odwrócił się, z mroku zalśniło na mnie troje szaroniebieskich oczu.
Widziałam już sporo, ale byłam zaskoczona. W pierwszym momencie pomyślałam, że mam przed sobą któryś z naszych eksperymentów, potem przypomniałam sobie to, co słyszałam o Salubri.
Nieznajomy skłonił się przede mną – prosty, ale pełen szacunku ukłon.
- Sariel, syn Raguela – przedstawił się.
Dygnęłam i podałam własne nazwisko.
- Ach, jesteś, pani, z krwi Morgana Demetriusa? – spytał.
- Owszem. Słyszałeś, panie o mnie?
- Słyszałem, że Marius Drugeth ma córkę, młodą i niespokojną – uśmiechnął się lekko.
Miał delikatnie wykrojone usta, harmonijne rysy twarzy, duże, podłużne oczy i długi, prosty nos. Te symetryczne, piękne rysy zakłócały poszarpane, nierówno przycięte włosy, także niedbały strój podróżny nie podkreślał niewątpliwej urody mojego nowego znajomego. Ale byłabym ślepa, gdybym nie dostrzegła tego, że jest piękny.
- Lady Maura – kontynuował – sugerowała, żebym cię znalazł, ale jak widać, to ty, pani, znalazłaś mnie.
Oparłam się o parapet obok niego, spojrzałam w dolinę. U stóp góry rozciągało się miasto, otoczone pierścieniami wbudowanych w skały murów. W oddali, w kotlinie pomiędzy górami, połyskiwało jezioro. Złoty księżyc odbijał się w ciemnej tafli.
- Wybierasz się gdzieś, panie?
- Na południe, owszem – przytaknął. – Do Bizancjum.
Zaciekawiło mnie, czego ta istota z innego czasu i miejsca poszukuje w stolicy upadającego cesarstwa. Zapytałam.
Uśmiechnął się lekko.
- W mieście Konstantyna i Justyniana mieszka jeden z ostatnich członków mego klanu. Mówią, że jego dar widzenia prawdy ustępuje jedynie darowi Malkavian, a nie okupiony jest szaleństwem.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zapragnęła poznać owego wizjonera. Jak dotąd, Sariel był pierwszym Salubri, jakiego poznałam, choć słyszałam, że na ziemiach domu Elenades znalazło schronienie kilkoro członków tego klanu. Poznanie kolejnego, dodatkowo parającego się tak niecodzienną sztuką, jak prorokowanie, było ciekawą perspektywą. Dodatkowo nie widziałam dotąd Bizancjum, choć zawsze pragnęłam je ujrzeć. Uśmiechnęłam się więc do Sariela szeroko.
- Zabierzesz mnie więc, panie?
- Jeśli tego pragniesz i jeśli twój ojciec wyrazi zgodę.
Wyraził. Byłam młoda, to prawda, ale Sariel miał za sobą już stulecia nieżycia. Należał do tej części klanu, która zajmowała się nie uzdrawianiem, a walką. Swego czasu cieszyli się sławą nieustraszonych wojowników, pojawiających się zawsze tam, gdzie istniało zagrożenie ze strony infernalistów – lub nawet sił, którym owi infernaliści służyli. Jadąc w towarzystwie Sariela na południe, słuchałam z fascynacją jego opowieści. Dowiedziałam się, że na ziemiach mego domu był już tysiąc lat temu, jeszcze jako śmiertelny człowiek. Jego przyszły ojciec zabrał go w podróż po Europie, udzielając nauk. Przypominało mi to nieco wychowanie, które sama odebrałam od Mariusa, choć, rzecz jasna, inne były treści i cele wiedzy, którą Raguel przekazał Sarielowi – wówczas jeszcze Markowi.
W swych wiele trwających wiele lat podróżach przybyli obaj na nasze ziemie. Wówczas nie wznosiła się tu jeszcze twierdza, lecz dwór w greckim stylu, swoista samotnia Tzildarisa. Morgan Demetrius nie narodził się jeszcze i nasz dom liczył sobie trzy zaledwie osoby – Tzildarisa i jego rodzeństwo, Istvana i Maurę. Wszyscy troje cieszyli się estymą, na której miała powstać siła naszego domu. To ich Sariel spotkał jako pierwszych członków mego klanu. Z perspektywy czasu, z perspektywy tego, co nam obojgu przyszło przejść, widzę, że to było najlepsze możliwe rozwiązanie. Choć w przyszłości miał poznać mój klan od najgorszej strony, ta najlepsza wbiła się głęboko w jego pamięć. O tym jednak żadne z nas wówczas nie wiedziało.
Opowiadał mi, niewiele co prawda, o młodej kobiecie, którą spotkał na naszych ziemiach pewnego letniego dnia. Była czarownicą, wiedźmą, Przebudzoną reprezentującą ten sam światopogląd, co współczesne Verbeny. Musiała skraść Markowi serce – czy to własnym urokiem, czy to mocą sił tajemnych. Była jedynym, czego żałował, jedynym, za czym tęsknił, choć nie myślał o niej podejmując decyzję o przemianie. Całe jego nieżycie naznaczone miało być takimi miłościami – niemożliwymi do spełnienia.
Wtedy nie rozumiałam. Zastanawiałam się, czemu nie przemienił jej, a także, co myślała o Tzildarisie i co Tzildaris myślał o niej. Dopiero zaczynałam dowiadywać się o skomplikowanych stosunkach, które potrafią łączyć nas z magami i wielu ich niuansów nie byłam świadoma. Byłam ich jednak ciekawa, o tak, a opowieści Sariela podsycały moją ciekawość.
Zapamiętałam też drugą z nich, o czarnoksiężniku ufortyfikowanym w starożytnym mieście pośrodku pustyni. Był on jednym z tych, których magowie określają mianem Nephandi i sprzymierzył się z przeklętym klanem Baali – zdegenerowanymi czcicielami demonów, którzy jeszcze trzysta lat temu stanowili postrach Europy i Wschodu. Sariel miał sprawdzić, co właściwie dzieje się w tym miejscu – podobnie jak pewien mag. Początkowo mieli wrócić po posiłki, okazało się jednak, że nie mają czasu. Zmuszeni byli, oni i trzech miejscowych Assamitów, uporać się z czarnoksiężnikiem, jego sojusznikami i powstrzymać rytuał, który mógł okazać się groźny dla całego regionu, o ile nie świata. W potyczce z Nephandusem zginął towarzyszący Sarielowi mag, zginęło też dwóch Assamitów, zginęła mała dziewczynka, jedyna zdrowa i żywa osoba w mieście. Zwycięstwo miało gorzki smak.
Och, chciałam to wszystko ujrzeć, doświadczyć. Jak najwięcej, jak najmocniej. Chłonąć wiedzę i doświadczenia, przeżyć i widzieć.
Tymczasem zmierzaliśmy do Konstantynopola, gdzie Sariel miał znów ujrzeć niewidziane od setek lat osoby, ja zaś – zawrzeć nowe znajomości.
***
Miasto wciąż jeszcze było jaśniejącym klejnotem. Podniosło się już po upadku, jakiego doświadczyło w roku 1204, gdy spustoszyli je krzyżowcy. Sariel z przykrością mówił o tych zdarzeniach, tragicznym zakończeniu szeregu wypraw, które, zwołane w szczytnym celu, więcej przyniosły łez niż korzyści.
- Nie byłem tutaj – powiedział mi. Przejeżdżaliśmy właśnie przez bramę miejską, oboje na koniach, gdyż opuściłam mój powóz, by móc z nim rozmawiać. – nie wtedy. Dziękuję za to Mitrze, bo nie mógłbym zrobić niczego. Najwyżej zginąć od ciosów mieczy, próbując uratować choć jedno ludzkie życie.
Fascynował mnie jego kodeks moralny. Podążanie Drogą Człowieczeństwa nie było memu klanowi obce, ale mało kto spośród nas, wyjąwszy może dom Elenades, miał tak głęboko zakodowaną wartość życia. Życiu należał się szacunek, owszem, utrzymywaliśmy się w końcu kosztem śmiertelnych, lecz Salubri doprowadzali ów szacunek na skraj obłędu. Dobry pasterz, który zna owce swoje, a one go znają... Boże, wiele, wiele lat później nazywanie ludzi bydłem stało się powszechne w Camarilli, ale ci, którzy z pogardą go używają, zapomnieli o jednym – to śmiertelnicy warunkują nasze istnienie. Możemy być istotami wyższymi – i jesteśmy nimi – lecz ci, którzy nas tworzą i żywią godni są naszego szacunku i opieki. Ci, którzy tego nie pojęli, ponoszą winę za zaistnienie Inkwizycji.
Sariel, jak większość jego klanu, przywiązany był do śmiertelnych bardziej, niż inni Spokrewnieni, wręcz preferował ich towarzystwo, mimo, iż nierzadko przebywał z przedstawicielami własnego rodzaju. Wówczas nie zauważyłam tego, ale lgnął do innych. Archetyp wiecznego wędrowca, poszukującego ogniska, przy którym mógłby się ogrzać.
- Kiedyś rządziło tu trzech Spokrewnionych, w tym jeden z twojego klanu – mówił.
- Wiem – kiwnęłam głową. – Dracon.
- Jeden z jego towarzyszy, Michael, zginął, kiedy łacinnicy zdobyli miasto. Mówią, że zabiła go kobieta z Baali. Nikt nie natrafił na jej ślad.
- Myślisz, że ty to zrobisz?
- Minęło dwieście lat. Jeśli nie spoczywa w jakimś sarkofagu, zapewne już dawno opuściła Konstantynopol. Może ktoś zdołał ją unicestwić...
Szczęście w nieszczęściu – Baali wymierali, tak samo, jak Salubri. Może oba te klany faktycznie były połączone jakimiś więzami – krwi lub mistyki – która kazała jednemu istnieć tylko tak długo, jak istnieje drugi. Najgorsze było to, że trochę żałowałam, że zapewne nie spotkam żadnej z tych przeklętych istot. Wiedziałam, że nie powinnam – mój własny klan umiał dokonywać czynów, które śmiertelnym wydawały się przerażające, ale nigdy nie czciliśmy demonów. Nigdy.
- Mam nadzieję – powiedziałam. – A jeśli nie, oby tobie się udało.
Uśmiechnął się do mnie. Już wtedy uśmiechał się rzadko i jego uśmiech najczęściej był smutny. Tak bardzo mi go żal ze względu na wszystko, co przeszedł. Teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło, sądzę, że kochałam go – w jakiś dziwny sposób go kochałam, bo trudno było nie dać się uwieść niewinności, którą miał w sobie mimo wszystko – zawsze, nawet pokonany, przywalony upadkiem własnego klanu, samotnością, nieszczęśliwą miłością, okrucieństwem innych. Inny niż my wszyscy – nie pasujący do rzeczywistości, w której przyszło nam żyć...
Ale mam pisać o tym, co widzieliśmy w Konstantynopolu, o tym, kogo tam spotkaliśmy – zwarzcie, że to ważna opowieść. W jej świetle inne nabierają więcej sensu, a i koleje mojego własnego losu staną się chyba jaśniejsze dla was, czytelnicy...
Znalazłam gospodę – jedną z najlepszych w mieście, poleconą mi jeszcze przez Maurę. Sariel nie nawykł chyba do takich miejsc, bo rozglądał się niepewnie, gdy w przestronnych pokojach, jakie nam zaoferowano, wypakowywano mój dobytek – bagaż godny szlachetnie urodzonej damy, jaką byłam.
- Jutro pójdę poszukać wizjonera – rzekł. Widać zależało mu na tym.
- Jesteś pewien, że ciągle istnieje? Ilu ocalało z twojego klanu?
- Widziano go przed pięciu laty. Zapewne przespał upadek miasta w klasztorze lub gdzieś w podziemiach...
- Podziemiach?
- I owszem. Pod Bizancjum ciągnie się prawdziwy labirynt kanałów. Stare cysterny na wodę przypominają zatopione pałace, a to tylko część systemu... Nosferatu coś o tym wiedzą.
Przyznam, że sama miałam nieludzką ochotę zwiedzić podziemia... ale miałam też ochotę zjeść coś. I wykąpać się. A najlepiej uczynić obie te rzeczy na raz.
- Pójdziemy potem do łaźni – oznajmiłam – najlepszej, jaką tu mają. I wynajmiemy kilka dziewcząt...
Z rozbawieniem ujrzałam, jak na jego twarzy maluje się przerażenie – a może wstyd? Jakby po tylu stuleciach korzystanie z usług kurtyzan uważał za coś nagannego... Współżycie między mężczyzną, a kobietą nie dotyczy nas przecież, nie w taki sposób, jak śmiertelnych, a czyż nie ma uczciwszego sposobu zaspokojenia głodu, niż zapłacenie za usługę? Porządny dom uciech dba o zdrowie swoich pracownic – to też jest ważne, nie umieramy od chorób, ale możemy przenosić je na nasze ofiary.
Wyszczerzyłam zęby.
- Och, zabawmy się. To Biznacjum. Stolica Cesarstwa. Jest piękne nocą.
- Nie jestem pewien...
Zbliżyłam się do niego, chwyciłam jego długie dłonie.
- Jesteś moim strażnikiem. Pracujesz teraz dla mnie, Krzyżowcu. Ja pójdę z tobą zobaczyć twojego wizjonera, ty pójdziesz ze mną zabawić się w zamtuzie.
Przyznam, że nie było to uczciwe z mojej strony, bo i spotkanie z tajemniczym prorokiem fascynowało mnie... ale nie będzie zbytnią przechwałką z mojej strony, że gdybym nie nalegała, Sariel mógłby nie spotkać Elpis – i historia nie potoczyłaby się tak, jak się potoczyła. A przecież i ja na tym skorzystałam, choć kim był śmiertelny mężczyzna, którego poznałam, pojęłam dopiero po wiekach...
Nigdy nie mówiłam, że ta historia będzie zupełnie niezależna od pozostałych, które piszę, prawda? :P Sophia pojawiła się w "Zmierzchu", to dla równowagi Sariel pojawi się tutaj :P Że o powiązaniach z "Przez Zasłonę" nie wspomne... a będą...
O ile ktoś ma na tyle samozaparcia, żeby czytać wszystkie trzy opowiadania... Nie, moja drużyno kochana, was nie liczę, wy jesteście oczywistością
10.sierpnia.2009