Zanim przeczytasz... czyli disclaimer


Zmierzch   Sophia    Autorka    Księga Gości   Linki

Powrót

6. O łowach na bestię i spotkaniu w lesie



List do Mariusa pisałam drżącą ręką. Miałam złe przeczucia.
Jesienna noc była pochmurna i ponura, za oknem mej komnaty, na wyniosłym, bezlistnym drzewie przysiadła sowa – ponury zwiastun śmierci. Gdy skierowałam na nią wzrok, poderwała się do lotu pohukując doniośle, złowróżbnie. Lękałam się, że mogła być szpiegiem. Wielu z nas posługuje się w końcu zwierzętami, inni mają moc zmienienia swego ciała aż do tego stopnia, by przybrać zwierzęcą postać.
Stałam przez chwilę przy parapecie, patrząc, jak nocny ptak znika, a niebo szarzeje. Nadchodził świt i czułam, jak ogarnia mnie śmiertelne znużenie. Odeszłam od okna, dokończyłam mój list. Przez moment rozważałam wysłanie go jeszcze tej nocy, lecz niebiosa jaśniały nieubłaganie. Zdmuchnęłam tedy świece, zamknęłam dębowe okiennice i zaciągnęłam dwie pary aksamitnych kotar.
Wschód słońca wprowadził mnie w letarg, ciężki, pozbawiony sen zbliżony bardziej do śmierci, niż do snu zwykłych ludzi.
Wieczorem zabrałam się do pracy. Nie miałam wiele czasu, a to, co zamierzałam zrobić, miało być długotrwałe.
Wiedziałam, że nie mam wielkich szans w czasie łowów na bestię, która, jak dowiodły tego wydarzenia ostatniej nocy, była niezwykle silna i zręczna. Oczywiście nie planowałam mieszać się w walkę, ale musiałam się zabezpieczyć, na wypadek, gdyby bestia podeszła do mnie za blisko. Stworzyłam w głowie plan, który, jak się okazało, miał być najmniej szczęśliwym ze wszystkich planów mego nieżycia – skąd jednak miałam wiedzieć, że moje drobne przeoczenie doprowadzi do tragedii i zagrozi tak mnie, jak i tym, których poznałam dwie noce temu?
Poprosiłam Grigorija o udostępnienie pomieszczenia w piwnicy, możliwie dobrze zabezpieczonego. O stół, mocny, dębowy najlepiej, o szerokie skórzane pasy, zdolne unieruchomić człowieka. Zadawał pytań. To nie są rzeczy, o które się pyta, choć nie wszyscy – nawet w naszym klanie – patrzą na nie przychylnie.
Pierwszym z ludzi, których poddałam zabiegowi był mój kapitan straży – Krzysztof. Nadchodzące dni miały zbliżyć nas do siebie, ale wtedy ledwo go znałam. Wiedziałam, że jego rodzina, zubożała rodzina szlachecka, od wielu dziesięcioleci służy mojemu rodowi. Sądziłam, że, wysłany ze mną przez Mariusa, wie, czym jestem – niestety, nie miałam całkowitej racji. Pewnie się domyślał, wiedział, że coś nie do końca się zgadza – może trochę tak, jak ja, kiedy byłam dzieckiem? – jego wiedza nie była jednak kompletne.
Drugi należał do zbrojnych, którzy ze mną przyjechali. Nie zapamiętałam nawet jego imienia, wiem, że był silny i wytrzymały – przede wszystkim wytrzymały, to był powód, dla którego go wybrałam.
Obaj poczuli się niepewnie, gdy zaprowadziłam ich do piwnicy, przed zamknięte drzwi. Po chwili jednak podążali za mną bezwiednie, zahipnotyzowani i pozwolili położyć się na stołach i przypiąć pasami.
Są rzeczy, które umiem robić – i robię – które zmroziłyby krew w waszych żyłach. Są moce mego klanu, z pomocą których możemy tworzyć najbardziej odrażające lub najpiękniejsze istoty, jakie możecie sobie wyobrazić. Tych mocy użyto by stworzyć bestię, która zabiła biskupa – i te same moce zastosowałam teraz na moich nieszczęsnych zbrojnych. Nie, nie zmieniłam ich w potwory – byli mi potrzebni jako ludzie – lecz zwiększyłam jedynie możliwości ich ciał. Umiem zmienić ułożenie i sprawność mięśni, zwiększyć ludzką siłę, zręczność i wytrzymałość i to właśnie uczyniłam. Tak, to nie wygląda przyjemnie: wyobraźcie sobie, że ktoś dotyka waszego ciała i przesuwa wasze tkanki pod skórą – siłą, sprawiając wam niewiarygodny ból. Dlatego moi ludzie musieli być nieświadomi, na tyle przynajmniej, by nie pamiętać, co ich spotkało.
Popełniłam jednak błąd, nieostrożność, i gdy moje dłonie koncentrowały się na wzmacnianiu mięśni ramion bezimiennego zbrojnego, mężczyzna otworzył oczy i spojrzał na mnie z przestrachem. Jego usta rozwarły się do krzyku, ciało wygięło się spazmatycznie, walcząc o uwolnienie od nieludzkiego bólu.
Obsunęła mi się ręka, niewłaściwie poruszony mięsień nacisnął tętnicę. Serce wojaka zaczęło walić szaleńczo, na skraju zawału. Z trudem je uspokoiłam, z trudem znów zmusiłam ofiarę moich eksperymentów do ponownego zapadnięcia w hipnotyczny sen.
Gdy kolejnej nocy wyruszyliśmy na łowy, zbrojny był cichy i unikał mojego wzroku. Musiał sądzić, że śnił koszmar, w którym jego pani, przekształcona w demona o lśniących oczach, pochyla się nad nim i z niewiadomych przyczyn sprawia mu ból. Krzysztof zaś zachowywał się normalnie – opanowany obraz doskonałego wyszkolenia i dyscypliny, jadący u mego boku, zerkający nieufnie bardziej na mych towarzyszy, niż na mnie.
Dwóch szlachciców i dama udający się na polowanie nie budzi podejrzeń, nawet, jeśli dama ma na sobie męski – przynajmniej na standardy XV wieku – strój, lecz gdy tej dwójce towarzyszy czarny cudzoziemiec i wioskowa wiedźma – i gdy za wiedźma podąża niedźwiedź, wielka bestia o ciele pokrytym wyliniałą sierścią, potulna wobec szpetnej niewiasty – ludzie mają prawo się zastanawiać...
Były to czasy, gdy dzieci cienia, takie, jak mój rodzaj, lecz i inne istoty, otwarcie chodziły po ziemi, gdy ciemne moce miały siłę i odwagę ukazywać się w pełnej krasie – diabły przychodziły do butnych alchemików odziane w aksamity, z koźlimi kopytkami nie ukrytymi nawet w butach, z cyrografem wypisanym na doskonale wyprawionej skórze. Na pustyniach dżiny zwodziły podróżników, zaś w czeluściach górskich jaskiń kryły się wielkie gady, nie mające nic wspólnego z tymi prehistorycznymi bestiami, które dziś wykopują naukowcy. Każda wieś miała swą wiedźmę – kobietę-znachorkę, zaznajomioną z zielarstwem, lub inną istotę – kogoś z naszego rodzaj, jak Magda, bądź też prawdziwą czarodziejkę, obdarzoną tajemniczą mocą... Jeśli więc wiedźma z niedźwiedziem i Saracen towarzyszyli nam w naszej wyprawie, na co mieliśmy polować, jeśli nie na demona?
W oczach mego zbrojnego ja jednak byłam demonem, widziałam też, że i Krzysztof zaczyna się lękać, zwłaszcza, gdy wkroczyliśmy w nienaturalnie cichy las.
Kończył się już październik i zimne wiatry strąciły z drzew większość listowia. Konie szły wolno, by nie ślizgać się po zbutwiałej warstwie brunatnych liści. Poza ich stąpaniem, poza trzaskaniem złamanych gałązek, ciężkimi stąpnięciami niedźwiedzia-ghula, poza oddechami towarzyszących mnie i Kostakiemu śmiertelnych nie słyszeliśmy niczego. Żadnych ptaków, żadnych szelestów, które mogłyby świadczyć o obecności zwierząt. Tak, jak powiedział Magdzie jej przyjaciel – martwota była nienaturalna, większa nawet, niż ta, która zapada w lesie, gdy przedziera się przezeń wilkołak. Ta bestia bowiem przynależy do świata natury, lub też stoi na jego pograniczu, to zaś, na co polowaliśmy, zostało stworzone wbrew porządkowi kosmosu.
Należało do śmierci, tak samo, jak i my.
Zdjęłam z ramienia łuk, z kołczanu wyciągnęłam strzałę. Jej grot pokryty był lepkim płynem – trucizną, którą dała mi Magda. Substancja zdolna powalić niedźwiedzia, może miałaby jakąś szansę w starciu z czymś nienaturalnym... W razie konieczności miałam jeszcze jedną alternatywę, ale nie chciałam z niej korzystać. Byłam tu, by badać, nie, by walczyć.
Magda zatrzymała się, jej zwierzęcy sługa uniósł łeb i począł węszyć. Kostaki zatrzymał konia, zatrzymaliśmy się wszyscy. Cisza pogłębiła się, śmiertelni wstrzymali oddechy.
Usłyszałam. Usłyszałam szum, szelest w górze, jakby łopot wielkich skrzydeł. Zadrżałam – z podniecenia, nie z lęku.
W mroku błysnęły białe zęby Hali ibn Basila. Saracen ześlizgnął się z konia, bezszelestnie wyciągnął z pochwy łagodnie zakrzywioną szablę. Przystanął pośrodku lasu, na ugiętych miękko nogach, zwinny jak kot gotowy do skoku. Ostrze jego broni było jak srebrzyste cięcie w tkaninie nocy.
Pan Sakiewicz wtopił się w mrok, cichy, niewidoczny. Czułam, jak z jego strony tchnie chłódem, nieprzyjemnym powiewem z Krain Cienia.
Zsiadłam z konia i ja, raz jeszcze nałożyłam strzałę na cięciwę.
Stworzenie znów prześlizgnęło się nad naszymi głowami, tym razem dostrzegłam cień ponad nawpół nagimi koronami drzew.
Kostaki metodycznie napiął łuk, wystrzelił. Zadzwoniła cięciwa, gwizdnęła strzała. W górze usłyszałam skrzek.
Zwolniłam cięciwę i ja, o ułamek sekund po Kostakim i o ułamek sekundy za późno. Moja strzała zaginęła między gałęziami.
Konie zarżały w panice, szarpnęły się, gotowe do ucieczki – wszystkie, poza doskonale wyszkolonym wierzchowcem młodego Brankovana i czarnym jak noc rumakiem Saracena.
Stwór opadł ciężko na szeleszczące liście. Rzucił się ku nam, łamiąc gałązki krzewów.
Hala ibn Basil odbił się od ziemi, skoczył, z szablą wzniesioną do ciosu. Poruszyły się cienie, będące panem Sakiewiczem. Kostaki zamaszystym susem zeskoczył z konia, miecz zawirował ponad jego głową.
Widziałam, jak niedźwiedź Magdy unosi się na tylne łapy zasłaniając swą panią szeroką, niemal pozbawioną futra piersią.
Ujrzałam błysk stali, mignienie cienia. Ujrzałam pazury, orające przestrzeń, prujące tkaninę i ciało. Ujrzałam krople krwi, bryzgające na poszycie leśne – krwi tak wampirzej, jak i ludzkiej, o ile bestię można jeszcze było nazwać człowiekiem.
Dostrzegłam, jak obok mnie mój zbrojny spina wystraszonego konia - by go uspokoić, pomyślałam w pierwszym odruchu – nie, by uciec, pojęłam w tej samej chwili. Widziałam kontem oka Krzysztofa zasłaniającego siebie – i mnie zarazem – mieczem.
Niepotrzebnie już, bo bestia stała się czarnym skrzydlatym zezwłokiem spoczywającym na posłaniu ze zbutwiałych liści.
Wszystko rozegrało się szybciej, niż się spodziewałam. Istota, która z zaskoczenia zamordowała biskupa i niemal pozbawiła życia tureckiego posła, okazała się być zaskakująco słaba w starciu z trzema wojownikami, jakimi byli moi towarzysze.
Podeszłam, patrząc ciekawie na truchło. Skórzaste skrzydła wyrosłe z pleców, podwojone stawy nóg i ramion, potężne pazury – piękna robota, dzieło sztuki, w jakie przemieniono jakiegoś nieszczęśnika.
Usłyszałam, jak Krzysztof zmartwiałymi wargami mamroce słowa modlitwy.
Kostaki splunął.
- Ot, i mamy bestię. Poznasz, pani, kto to wykonał?
- Jeśli się podpisał – odrzekłam – w co wątpię. Dostanę resztki?
- Powiesiłbym sobie łeb na ścianie, a ty byś pokroiła.
- I owszem – przyznałam. Miałam chęć zobaczyć mózg istoty, choć przypuszczałam, że nie różni się od ludzkiego.
- Cóż za zainteresowanie... – usłyszeliśmy gdzieś miedzy drzewami.
Wiatr zadął, silny, zdawałoby się, wszechobecny – nie, to źródło głosu było źródłem wiatru.
Przed nami stały dwie osoby, obie w płaszczach, z kapturami zasłaniającymi twarze.
Kostaki zazgrzytał zębami, zacisnął mocniej dłoń na mieczu, podobnie uczynił Hala ibn Basil, pan Sakiewicz jednak postąpił jedynie krok do przodu – czyżby ciekawość?
To on zresztą odezwał się pierwszy:
- Kim jesteście? – spytał.
Jedno z nich zdjęło kaptur, odsłaniając twarz, kobiecą, piękną w nienaturalny sposób.
Znać rękę mego klanu, być może tę, która stworzyła bestię...
A może stworzyła ją druga z istot... Może... przebiegł mnie dreszcz, gdy ujrzałam drugą z twarzy, tę niemożliwą, zawieszoną pomiędzy płciami...
- Sasha Vykos – odezwała się androgyniczna istota.
- Velya – rzekła kobieta.
Dwoje. Dwoje z trojga.
Kostaki postąpił do przodu.
- Nie przyszliśmy walczyć z wami – przemówiła Velya, unosząc otwartą dłoń. Wiatr łopotał wokół niej, unosił jej płaszcz – to ona była źródłem tych porywistych podmuchów. – Pragniemy złożyć ofertę. Przyłączcie się do nas.
- Co oferujecie? – spytał pan Sakiewicz. Jego głos był tak beznamiętny, jak głos kupca, wahającego się między dwoma korzystnymi kontraktami.
- Wolność – rzekł (Rzekła? Rzekło?) Vykos, uśmiechając się ujmująco i rozkładając ramiona, jakby ten gest miał wzbudzić nasze zaufanie – Od zasad. Od tyranii. Od przymusu. Od starszych.
- Od naszej własnej krwi – warknęłam.
- Ci, którzy nas stworzyli, złamali ten pakt. Byliśmy dla nich niczym.
- I uważacie, że macie prawo niszczyć własny klan?
- My go nie niszczymy. My go tworzymy na nowo. Oczyszczony. Pełen świeżych sił.
- Co oferujecie? – powtórzył Sakiewicz.
- Powiedzieliśmy – Velya uśmiechnęła się i przekrzywiła delikatnie głowę. – Wolność. Chodź z nami, jeśli jej pragniesz.
- Mało konkretna oferta - mruknął Lasombra.
- Jak uważasz. A więc, żegnajcie. Jeśli któreś z was zmieni zdanie, znajdzie nas.
To rzekłszy, Velya rozpostarła swój płaszcz, którzy zafurkotał niby wielkie skrzydła. Wiatr zerwał się znów, silniejszy, zimniejszy, niż wcześniej i para buntowników zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu.
Hala ibn Basil rzucił się do przodu, sądząc zapewne, że jeszcze ich dogoni.
Pan Sakiewicz prychnął.
- Ot, i ich propozycje... nie warto z nimi paktować.
Patrzyłam na to, co pozostało – ciemne truchło czegoś, co kiedyś było człowiekiem, rozwiane liście, w miejscu, gdzie stali.
Krzysztof klęczał na ziemi, modląc się żarliwie.

29.lipica.2009



7 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

bazgroly bazgroly.mylog.plwtorek, 4.sierpnia.2009, 20:39
87.207.68.157

Twoje opowiadanie zostało ocenione. Zapraszam.

bazgroly bazgroly.mylog.plwtorek, 4.sierpnia.2009, 23:48
87.207.68.157

Ależ lubię fantastykę, tylko może w trochę innej formie.
Skoro Sophia żyje współczesnie, język, którym się posługuje, musiał ulec przemianie. Tak więc siłą rzeczy mógłby być ciut nowocześniejszy. No tak, z drugiej strony nikt nie dysponuje wiedzą o tym, jak mogłaby wyglądać mowa osoby żyjącej sześćset lat.
I kurczaki, szkopuł w tym, że określenie twojego opowiadania "przeciętnym" nie jest najtrafniejszym.

Lena Nika Lena Nika.mylog.plpiątek, 7.sierpnia.2009, 13:40
77.254.47.22

Zostałaś oceniona na krytyka-literacka.mylog.pl. Zapraszam do zapoznania się z oceną.

Lena Nika Lena Nika.mylog.plsobota, 8.sierpnia.2009, 08:29
77.253.123.200

"Nie mam się do czego przyczepić, ocena dobra" - widzę, że dostałam niejako ocenę oceny xD. Ale spoko, kiedyś, jak sama miałam fazę na zgłaszanie się do wszystkich ocenialni, który mi się napatoczyły, sama zaczęłam do tego tak podchodzić.
Cóż, rzeczywiście, to, że tak właściwie to dopiero sam początek całej historii brałam pod uwagę i w sumie stąd te nieco jeszcze niedopracowane postacie. Ja osobiście nie miałabym nic przeciwko nieco dłuższym rozdziałom - ale zdaję sobię sprawę, że nie wszyscy to lubią. W każdym razie chyba wezmę się w wolnym czasie za czytanie "Zmierzchu" (tfu, jakim cudem mi to zdanie przeszło przez klawiaturę! no ale oczywiscie chodzi mi o twój "Zmierzch"...), kiedyś się już nad tym zastanawiałam, ale wreszcie zabrakło motywacji.
A co do oceniania - obecnie, z tego co kojarzę, nie ma cię na żadnej ocenialni? W każdym razie na pewno nie na "poczochranych"...
Pozdrawiam!

//www.alitsea.ownlog.com//

P.S. Jest jakaś możliwość informowania o nowych notkach?

Lena Nika Lena Nika.mylog.plniedziela, 9.sierpnia.2009, 20:06
77.254.243.43

A, no to pewnie się narazie na ocenę nie załapię ^^' Gdybyś jeszcze kiedyś gdzieś oceniała, to szepnij słówko.

Ja piszę swoje od nowa i idzie mi to raczej powoli... Ale przynajmniej już do przodu ^^ Zresztą, ty nie masz co mnie podziwiać, sama też ciągniesz swoje opowiadania dalej, co naprawdę nie wszyscy potrafią.

Konto usunięteniedziela, 9.sierpnia.2009, 20:21
83.20.2.214

Ocenę?

Lena Nika Lena Nika.mylog.plponiedziałek, 10.sierpnia.2009, 10:08
87.205.35.161

No cóż, z tym samozaparciem to różnie bywa... Ogólnie staram się ciągnąć dalej tą samą historię, za bardzo się przy niej namęczyłam, aby ot tak sobie ją zostawić. Jednak prócz tego na moim laptopie powstaje wiele innych, niepublikowanych zaczątków nowych historii. Może jak kiedyś z któregoś urośnie coś na tyle dużego, abym miała motywację je kontynuuować, to założę drugiego bloga z nowym opowiadaniem, zobaczymy...
Ja ciebie mogę podziwiać za to, że znajdujesz czas na to wszystko. Bo ja jestem dopiero po pierwszej klasie liceum i już często nie miałam czasu, mimo że Wen był chętny ("no bo trzeba się biologii pouczyć..." nie ma co, profil bio-chem rządzi), a co dopiero na studiach...



Minęło:
Opowiadania: 1   2    3    4   5   6   7    8   9   10   11   12   13   14   


Do ulubionych    Podlinkuj