Zanim przeczytasz... czyli disclaimer


Zmierzch   Sophia    Autorka    Księga Gości   Linki

Powrót

5. O tragicznej nocy i rozszerzajacym się buncie


Kostaki Brankovan, potomek Smerandy, nosił skazę jej krwi – przeźroczystą bladość skóry, eksponującą żyły, teraz pełne, pulsujące od krwi po niedawnym zapewne posiłku. Nie był jednak tak delikatny jak jego matka – bary miał szerokie, a jego brunatne włosy musiały stanowić istną grzywę, bo nawet ciasno spleciony warkocz nie zdołał ich okiełznać. Aureola kosmyków otaczała twarz o mocnej szczęce, gęstych brwiach i lśniących dziko zielonych oczach.
Mógłby być Gangrelem – był jednak z klanu Tzimizce i miał w sobie naszą dumę i nieugiętość. Poprzez dziedziniec swego podmiejskiego dworu stąpał ku nam sprężystym krokiem wojownika i władcy, a jego ludzie rozstępowali się przed nim z szacunkiem.
Zsunęłam się z konia, skłoniłam przed nim. Obok mnie Hala ibn Basil i Artur Sakiewicz także zsiadali ze swoich wierzchowców. Dostrzegłam też Magdę, która musiała wyruszyć tu pieszo i która właśnie wchodziła na dziedziniec.
Zapewne wyglądaliśmy razem dość niecodziennie – ciemnoskóry Saracen, pokraczna wiedźma i dwoje wyraźnie nie przepadających za sobą szlachciców... ale każde z nas miało do Kostakiego sprawę i tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie. Sam gospodarz dworku patrzył na nas zresztą z zainteresowaniem i pewnym rozbawieniem.
- Pani, szlachetni panowie. Magdo. Nie spodziewałem się was tu w tym samym czasie, zapraszam – Szerokim gestem wskazał nam drzwi.
Podążyliśmy za nim do wnętrza pachnącego sosnowym drewnem i zwierzęcymi skórami. Główna sala stanowiła świadectwo zainteresowań Kostakiego – przyozdobiona tarczami herbowymi, bronią, lecz przede wszystkim zwierzęcymi skórami i łbami. Nie należały te szczątki do pośledniej zwierzyny – dostrzegłam niedźwiedzie i pewna byłam, że wiele z nich młody Brankovan mógł zabić gołymi rękami. Jednak największe wrażenie robił łeb zawieszony nad szczytem stołu. Gigantyczny wilczy pysk spoglądał na nas, szczerząc zatrważająco białe i ostre jak noże zębiska. Czarna jak smoła sierść porastała wielkie uszy, nos lśnił wilgocią jak u żywej istoty, błyszczały złote oczy ze szkła. Tak wielkie wilki nie istnieją – nie normalne wilki. Bestia, której łeb widziałam, za życia była wilkołakiem. Wzdrygnęłam się mimowolnie, choć nie mogłam spuścić oczu z niecodziennego trofeum. Kostaki uśmiechnął się do mnie z dumą. Niewątpliwie wiele trudu zadał sobie, by zdobyć łeb – zapewne stracił też wielu ze swoich ludzi...
Usiedliśmy na krzesłach wykonanych z tego samego, ledwo co obrobionego drewna, co ściany dworku. Jedynie siedzisko Kostakiego wysłane było zwierzęcą skórą – nie dla wygody jednak, a dla ozdoby. Pan domu był osobą preferującą surowy tryb życia.
Splótł dłonie, oparł łokcie o stół. Zadowolony z siebie, lekko szyderczy uśmiech błądził po jego wargach, gdy Kostaki mierzył nas wzrokiem.
- Mniemam, iż każde z was przybyło do mnie w innej sprawie?
- Owszem – odezwałam się jako pierwsza, nawet przed nieokrzesanym panem Sakiewiczekm. – Ja jednak pragnę mówić z tobą na osobności.
Kostaki odsunął krzesło.
- Chodźmy więc, pani, nie odmawia się damie.
Podświadomie oczekiwałam, że poda mi ramię, nie uczynił tego jednak, zmierzając ku wyjściu pewnym, żołnierskim krokiem. Dworskie obyczaje były mu widać nie do końca znane i skrzywiłam się mimowolnie. Zauważył ślad tego skrzywienia, gdy stanęliśmy w małym pokoju obok, jego gabinecie.
- Pani?
- Wybacz mi – postanowiłam przekuć me niezadowolenie w atut. – moją minę, lecz trapi mnie jedna rzecz.
- Cóż takiego? – spytał, wspierając się o stół. Obok jego dużej ręki, bladej, pokrytej siatką błękitnych żył, widziałam stertę papierów, prosty, srebrny kałamarz i tłok pieczętny.
- Nasz klan przeżywa kryzys, przybyłam rozmawiać o tym z twoimi rodzicielami – Zaiste, poprzedniego wieczora, jeszcze zanim pan Sakiewicz oprowadził mnie i Saracena po mieście, zamieniłam kilka słów ze Smerandą i Ferenczem, opowiadając im o wieściach, które otrzymał mój ojciec. – Uznałam też, że w obliczu zagrożenia, jakie bunt stwarza dla całości klanu, nie warto rozbijać poszczególnych domów rodzinnymi waśniami – Uniosłam podbródek i spojrzałam Kostakiemu prosto w dumne, zielone oczy. – Panie, sądzę, że jeśli zależy ci na spokoju w klanie, powinieneś zaprzestać sporu z twoim bratem.
Wiadomo było, że między Kostakim Brankovanem i Grigorijem Waivadi nie ma braterskiej miłości. Choć nigdy nie doszło między nimi do otwartej walki, rywalizacja i wzajemna niechęć narastały w obu dziedzicach domu. Szeptano, że w którymś momencie kropla przepełni czarę i bracia rzucą się sobie do gardeł, niwecząc wszystko, co zbudowali ich rodzice. W swej naiwności uwierzyłam, że moje rozsądne argumenty przemówią do nich i okażą się być silniejsze, niż irracjonalna nienawiść.
Poprzedniego wieczora Grigorij skrzywił się lekko. Teraz Kostaki prychnął głośno, naruszając granice dobrego wychowania.
- Zaprzestać sporu? Z Grigorijem? Z miękkim, zniewieściałym dworakiem, który uważa się za lepszego, bo na każde swoje skinienie ma służbę? O, nie, pani, tak długo, jak ten wyrostek nie umiejący nawet miecza w dłoni utrzymać, będzie gardził mną – choć to ja pomagam ojcu, jego stwórcy, utrzymać porządek na naszych ziemiach – nie, póki on będzie uważał się za lepszego, nie wyciągnę do niego dłoni.
- Panie, lojalność wobec klanu...
- Bunt? Nie ma buntu na naszych ziemiach. I zapewniam cię, żaden z nas nie stanie po jego stronie.
Jego oczy lśniły niebezpiecznie. „Kim jesteś, by doradzać mi, jak mam postępować z własnym bratem?” – mówiły.
Wycofałam się.
- Wybacz mi, panie. Nie będę cię nachodzić.
- Dobrze – prychnął i otworzył na oścież drzwi do sali.
Nikt spośród tych, którzy przybyli równolegle do mnie nie miał najwyraźniej sprawy tak osobistej, jak moja, bo nikt już nie prosił Kostakiego na prywatną rozmowę. Hala ibn Basin powtórzył swe skargi na bandytów, którzy napadli poselski orszak i sądziłam, że i Magda wyrazi swój sprzeciw, ona jednak przybyła z inną, jak się okazało, sprawą.
- Bandyci – rzekła – może są problemem, ale niedawno słyszałam o czymś, co może być większym zagrożeniem dla podróżnych.
Assamita uniósł smoliście czarną brew, wiedźma uśmiechnęła się tylko, prezentując bezzębne dziąsła.
- Słyszałam o bestii kręcącej się po lasach na północ stąd. Panie – zwróciła się do Kostakiego – jesteś myśliwym i lubisz, by zwierzyna stanowiła dla ciebie wyzwanie, posłuchaj więc tego: przez lasy na północy nie można się przedrzeć, większe zwierzęta uciekają, Gangrel, którego znam, ledwo ostatnio uciekł z życiem.
Potomek Smerandy uśmiechnął się szeroko.
- Jeśli to wilkołak, zawiśnie obok tego – Wskazał łeb nad fotelem.
- Trevor mówi, że bestia nie pachnie wilkiem – zaprzeczyła Magda. – Mówi też, że na wilczych ziemiach zwierzyny pod dostatkiem, zaś las, w którym stwór się chowa – martwy.
Nadstawiłam uszu. Ciekawość jest moją wadą i muszę ją hamować, ale widziałam już, że, pomimo, iż polowałam rzadko i na zwyczajną zwierzynę, a i to dawno, gdy jeszcze byłam żywa, wyruszę w las na łowy, ujrzeć stworzenie, o którym mówiła Magda. Wilkołak, twór kogoś z naszego klanu, czy może jeszcze inny byt – móc zobaczyć go, może nawet zbadać jego ciało po tym, jak go zniszczymy – sama wizja czegoś takiego musiała sprawić, że zabłysły mi oczy.
Przypuszczam, że nikt tego błysku nie dostrzegł. Moje oczy już wtedy miały tendencję do odbijania światła w sposób, który czynił je niesamowitymi. Ten blask, który odziedziczyłam po Mariusie, miała z czasem wzmóc moc, którą zyskałam... wtedy jednak mało kto zwracał uwagę na tę niecodzienną właściwość mojego spojrzenia i tak samo mało kto zauważył, że zaszła w nim zmiana. Myślę, że dobrze się stało, że żadne z nich nie odkryło wtedy mojej słabości...
- Więc zapolujemy na potwora – Kostaki uśmiechnął się szeroko. – Doskonale.
Na dziedzińcu rozległ się tętent kopyt i gwar. Ktoś przebiegł korytarzem i drzwi sali otwarły się na oścież. Stanął w nich jeden z ludzi Kostakiego, za nim zaś podążał zdyszany mężczyzna barwach biskupstwa. Powiódł po nas wzrokiem, dłużej przyglądając się gospodarzowi i panu Sakiewiczowi.
- Panie – wydusił z siebie, wyraźnie kierując słowa do tego ostatniego. – Biskup... Ktoś zgładził biskupa!

***


Nie szukajcie nazwiska Mikołaja Lasockiego w katalogach krakowskich biskupów. Nie znajdziecie go tam. Sądzę, że jego następca zadbał, by zostało wymazane. Przypuszczam, że dla własnej chwały i nie dziwię się temu, bo poznałam kolejnego biskupa wystarczająco dobrze, by móc go ocenić... Ale uprzedzam fakty.
Lasockiego nie poznałam. Należał do mojego rodzaju, lecz nie do klanu – był Lasombra, jednym z tych Kainitów, którzy u początku ery upodobali sobie rodzącą się religię chrześcijańską i, niczym cienie, którymi władali, przeniknęli jej struktury. W tych dniach ich potęga chwiała się, zagrożona przez śmiertelnych inkwizytorów i inną siłę, o której jeszcze opowiem. Zabójstwo Lasockiego miało zaś na zawsze złamać pozycję jego klanu w tym mieście.
Artur Sakiewicz poderwał się. Widziałam, jak zaciska pięść, jak na jego twarzy pojawia się niezadowolony grymas. W tej chwili byłam już pewna, że sam jest Lasombra, podejrzewałam też – mylnie, jak się miało okazać – że zamordowany biskup był jego rodzicem.
Bez słowa niemalże pan Sakiewicz ruszył w kierunku dziedzińca. Podążyliśmy za nim, wszyscy, z naszym gospodarzem włącznie. Mnie nieco problemów zajęło szybkie wsiadanie na konia. Nie byłam tej nocy ubrana stosownie do szybkiej jazdy i widziałam złośliwe uśmieszki mężczyzn, gdy próbowałam ułożyć na siodle aksamitną suknię. Zazdrościłam Magdzie, której poszarpane, połatane spódnice okazały się o wiele praktyczniejsze w tej sytuacji, ale nie odezwałam się ani słowem, skupiając się na tym, by nie zsunąć się z konia podczas szybkiej jazdy w stronę miasta.
Biskup Lasocki posiadał kilka rezydencji, lecz tej tragicznej dla siebie nocy przebywał w małym, nieoficjalnym, jak przypuszczam, gabinecie ukrytym w niższej z wież kościoła Najświętszej Maryi Panny. Cokolwiek planował, cokolwiek zamierzał – było tajemnicą. Na biurku pozostawiono kilka arkuszy pergaminu i papieru, kałamarz, pióro, pieczęć i lak, nie dostrzegliśmy jednak żadnego rozpoczętego listu czy dokumentu – jeżeli takie były, musiał zabrać je napastnik.
Przy fotelu leżała kupka prochu – oto, co pozostało z biskupa. Na podłodze dostrzegliśmy jednak jeszcze inne ślady – kilka plamek krwi, sądząc po zapachu – najzupełniej ludzkiej. To jednak nie dało nam wiele. Opiekujący się wieżą mnich twierdził, że usłyszał przeraźliwy, nieludzki wrzask, gdy zaś przybiegł na pomoc, drzwi były zaryglowane od środka.
Ktokolwiek więc przyniósł Lasockiemu zagładę, musiał znaleźć inną drogę ucieczki...
Hala ibn Basil przyglądał się oknu. Wychodziło na spadzisty, śliski po ulewnym deszczu dach kościoła. Zbliżył się, przykucnął na parapecie, zastanawiając się, czy sam dałby radę wyjść na niego, nie łamiąc sobie przy tym karku. Nie wątpiłam, że nawet dla niego upadek z tej wysokości mógłby skończyć się tragicznie. Nie jesteśmy niezniszczalni.
- Jeśli ktoś dostał się tą drogą, musiał mieć skrzydła – stwierdził Kostaki, opierając się o parapet.
- Jeśli ich nie miał, na dachu będą obluzowane dachówki – zauważył Assamita.
- Jeśli miał skrzydła, bądź też budowę kończyn umożliwiającą takie akrobacje, nie był zwykłym człowiekiem – dodałam. – A że nie podejrzewam domu Brankovan-Waivadi o używanie mocy Zniekształcenia, myślę, że mogą stać za tym buntownicy.
Kostaki spojrzał na mnie zgryźliwie. Nie byłam pewna, czy uważa bunt za niewiele wartą plotkę, czy też daje mi do zrozumienia, jak wielką pogardą darzy moc kształtowania ciał. Widziałam to czasem w jego oczach, gdy ze mną rozmawiał – lekkie obrzydzenie, bo moje własne rysy nie były do końca naturalne...
- Miał pazury – stwierdziła Magda. – Spójrzcie.
Krawędź stołu znaczyły cztery głębokie wgłębienia, ślad po uderzeniu masywnych, długich szponów. Musiałam mieć rację, istota, która zabiła biskupa nie była człowiekiem – już nie.
Pan Sakiewicz nadal stał przy oknie, kontemplując lśniący od wody dach. Znów zaczęło padać – nie ulewny deszcz, a drobna, nieprzyjemna mżawka.
Ujrzałam, jak dłoń Lasombry rozpływa się w cień – i jak podąża za nią całe jego ciało. Czarna chmura spłynęła łagodnie na dachówki i zniknęła w mrokach nocy.
Czemu – zastanawiałam się – biskup nie zrobił tego samego? Czemu nie uniknął ciosu, używając mocy swego klanu i zmieniając się w chmurę ciemności?
Może po prostu atak nadszedł w najmniej oczekiwanym momencie, ze strony kogoś zaufanego...?
W świetle tego, czego dowiedziałam się później, sądzę, że było to możliwe.
Pan Sakiewicz wrócił, na powrót zmaterializował swoje ciało.
- Ślady na dachówkach – oznajmił. – Owszem. Sądzę, że to stworzenie miało raczej mocne kończyny i szpony, niż skrzydła. Ale i tak – spojrzał na mnie – niewątpliwie to robota kogoś z twego klanu, pani.
Kiwnęłam głową i otwarłam usta, by coś powiedzieć, gdy usłyszeliśmy głośne bicie dzwonów, dochodzące od strony zamku królewskiego.
W wilgotnym powietrzu i nocnej ciszy głos niesie się dobrze. Gdy zbiegliśmy na dół, wiadomo już było, że coś stało się na zamku. Nie zastanawialiśmy się długo. Nie pytajcie, co myśleli pozostali, gdy tam biegliśmy – ja po prostu byłam pewna, że niemożliwością jest, by zabójstwo biskupa było jedynym tragicznym wydarzeniem tej nocy.
Nie myliłam się. Podczas gdy my próbowaliśmy dociec, jak stwór wydostał się z wieży, on nie próżnował. Przedarł się na zamek i jedynie szczęściu można było przypisać to, że nie zabił nikogo. Szczęściu i temu, że tym razem cel bestii był o wiele lepiej przygotowany na potencjalny atak.
Pierwszy raz ujrzałam Malaka, tureckiego posła – ciemnoskórego mężczyznę, który niedługo potem miał zostać przemieniony, wtedy jednak ciągle był ghulem – pół-śmiertelnym, nie do końca wampirem, człowiekiem uzależnionym od naszej krwi. W półmroku panującym na dziedzińcu wydawał się być podobny do Hali, ale wiem, że nie umiałam wtedy jeszcze dobrze rozróżniać saraceńskich twarzy – a przecież i krew Assamitów, i odbyte szkolenie musiały wpłynąć na postawę i sposób bycia Malaka.
Hala ibn Basil rozmawiał z posłem, pan Sakiewicz – ze strażnikami. Przysłuchiwałam się temu, nie mówiąc wiele. Gromadziłam informacje.
Istota zeskoczyła ponoć z dachu, a gdy zakrzywiony nóż posła wbił się w jej bok, wydała z siebie skrzek i zniknęła w ciemnościach. Zamkowa straż przeczesuje wzgórze, król wyraża swoje ubolewanie, zaś lord Ferencz i lady Smeranda zrobią wszystko, by znaleźć zamachowców.
Magda rozpłynęła się w mroku. Nie sądziłam, by chciała swoją obecnością naruszać etykietę. Dostrzegłam za to Grigorija podążającego w naszą stronę. Na jego widok Kostaki skrzywił się, jego oczy zwęziły się – niemal widziałam trzaskające między braćmi błyskawice.
- Pięknie pilnujesz posła, mój bracie – oznajmił Kostaki, stając w rozkroku, w bojowej pozie.
Grigorij wydał mi się niezwykle spokojny, ale czułam, że także i w jego krwi szaleje burza.
- Ojciec wyruszył na wojnę, ja muszę dopilnować wszystkiego i ruszyć za nim. Jeśli uważasz, że źle spełniam swe obowiązki, przejmij je pod moją nieobecność.
Kostaki chciał coś dodać, lecz jego matka wychynęła z mroku, blada, odziana w czarny aksamit, obramowany krwawą purpurą. Mogła przypominać ducha, lecz była jedną z nas. Położyła dłonie na ramionach swoich synów, jedno jej spojrzenie uspokoiło obu.
- Lady Sophio – Smeranda skłoniła przede mną głowę. – Otrzymałam list od wojewody twojego domu. Sądzę, że cię to zainteresuje.
Zostawiłam pozostałych na dziedzińcu. Nie w mojej kompetencji leżała rozmowa z posłem – ani też przesłuchiwanie straży. Podążyłam księżną, do jej komnat, położonych w południowym skrzydle zamku – jakby w opozycji do apartamentów króla, znajdujących się na północy. Mimo tragicznych zdarzeń tej nocy, część zamku, w której znalazłyśmy się, była cicha.
Smeranda zapaliła świece, rozjaśniając swój gabinet. Wskazała mi krzesło. Usiadłam, ona zaś otwarła inkrustowaną kością słoniową kasetkę i wyjęła z niej arkusz pergaminu zakończony złamaną już pieczęcią.
- Mój małżonek – mówiła – wyruszył dziś wieczór. Szybciej, niż planowaliśmy. Grigorij jutro dołączy do niego. Sprawy się komplikują. Buntownicy, o których opowiadałaś, pani, rosną w siłę, przypuszczamy, że to oni są odpowiedzialni za niepokoje na granicy... Czytaj zresztą.
Podała mi list. W blasku świecy widziałam niepokój i smutek na jej pięknej, gładkiej jak porcelana twarzy. Czy przeczuwała już tej nocy...? Nie wiem.
Pieczęć na pergaminie była symbolem mego domu – smok opleciony wokół omegi. Pismo, zdecydowane i mocne, należało do Morgana Demetriusa, prawej ręki i zbrojnego ramienia wojewody. Przypomniałam sobie, co Marius mówił o planowanym ustąpieniu Tzildarisa. Czyżby Morgan...
- Czytaj – ponagliła mnie księżna.
Zagłębiłam się w tekscie.
Dom Ruthven – rozbity. Dom Venizelos – na krawędzi. To było pewne. Niepokoje w pozostałych domach. Dom Ravensburg milczy, odcinając się do klanu, zbliżając do Ventrue. Dom von Klatka skupiony na walce z czarnoksiężnikami z Wiednia.
I imiona przywódców buntu.
Lugoj, Vykos, Velya.
Dziś, po ponad pięciu wiekach, każdy Kainita je zna.

Tradycyjnie - proszę o komentarze. Nie, żebym uzależniała od nich napisanie nowego rozdziału, albo żeby zależało mi na statystyce. Po prostu lubię wiedzieć, jak to, co piszę jest odbierane :)


11.lipica.2009



8 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

dakishimete dakishimetesobota, 18.lipica.2009, 03:10
213.158.199.204

Daram, daram, chwila napięcia, pełna dramatyzmy muzyczka... znaczy...
A tak, tak powinien brzmieć tradycyjny komunikat :
Oceniłam.
Błagam o wybaczenie, ale spójrz, która godzina.

dakishimete dakishimetesobota, 18.lipica.2009, 18:06
213.158.199.199

Bardzo zainteresowana. A co do czytania ze zrozumieniem, to nawzajem, również powinnaś się do niego przyłożyć. Zrozumiałabyś wtedy, że nie mam i nie chcę mieć ze Zmierzchem nic wspólnego, dlatego nie jestem w stanie stwierdzić, czy twoje opowiadanie jest z nim zgodne, co zaznaczyłam na początku.

dakishimete dakishimetewtorek, 21.lipica.2009, 19:57
83.21.200.56

Nie, nie zostanie. Mam pewne kłopoty techniczne, przez które musiałam wziąć sobie przymusowe wolne, zostawiając wszystko w rękach Violet. Wydaje mi się, że usunięcie informacji o Zmierzchu wystarczy, by ludzie przestali uważać Twoje opowiadanie za zmierzchowski fanfick. Po prostu odetnij się od niego i zapomnij, że istnieje.

truskawka truskawkawtorek, 21.lipica.2009, 23:22
83.20.5.40

Zapraszamy na rozstrzygnięcie 4 tury.

dakishimete dakishimeteśroda, 22.lipica.2009, 14:41
83.21.190.211

To chyba oczywiste, że miałam na myśli Meyerowski Zmierzch. Myślę, że na Twoje nieszczęście Zmierzch będzie kojarzony zawsze z tym samym. Musisz się z tym pogodzić i już. Oczywiście możesz trąbić wszem i wobec na głównej stronie, że nie masz z nim nic wspólnego, ale niektórzy ludzie są i tak zbyt głupi, by to zrozumieć. Poinformuj, że te historie nie mają ze sobą nic wspólnego i to powinno wystarczyć.

truskawka truskawkaśroda, 22.lipica.2009, 17:13
83.10.53.114

Zapraszamy na konkurs, w którym biorą udział wszystkie REKOMENDOWANE blogi.
Wszystkie informacje oraz głosowanie, znajdziesz w menu -> Konkursy.

dakishimete dakishimeteśroda, 22.lipica.2009, 21:10
83.25.43.123

Tak samo. Jak już wiele razy wspomniałam, nie czytałam Zmierzchu, więc na twoje opowiadanie patrzyłam jak na każde inne, wspomniałam o tym kilkoma słowami, ale nie zaniżałam oceny ze względu na to. Porwałaś się na trudny sposób pisania, który nie każdemu wychodzi na dobre i nie każdemu się podoba. Ja wstawiłam Ci szkolną piątkę, bo uznałam, że na taką ocenę zasługujesz. Nie powinno cię to W OGÓLE zaboleć. Jeśli dostawałaś jak dotąd lepsze oceny, to przykro mi. To jest właśnie moje zdanie i szybko go nie zmienię. Czytałaś przecież ocenę. Powiązanie ze Zmierzchem nie jest jedyną rzeczą, którą ci zarzuciłam. Mogłabym zafundować ci dogłębną analizę tekstu, ale ani ja nie mam ochoty jej pisać, a ty się chyba bez niej obejdziesz, prawda? Skromność i pokora nie bolą, naprawdę.

Polidypsja Polidypsja.mylog.plsobota, 25.lipica.2009, 21:27
195.34.211.83

Chcesz poznać opinię o swoim blogu? Jeżeli tak, to serdecznie zapraszamy na nowo powstałą ocenialnię - cukrzycy.blog.onet.pl
A może od zawsze marzyłaś/eś o roli oceniającej/oceniającego? Właśnie zaczął się nabór. Nie zwlekaj. Więcej informacji na blogu.
PS Przepraszam za spam, ale oceny muszą ruszyć z miejsca.
Pozdrawiam, Polifagia :)



Minęło:
Opowiadania: 1   2    3    4   5   6   7    8   9   10   11   12   13   14   


Do ulubionych    Podlinkuj