Zanim przeczytasz... czyli disclaimer


Zmierzch   Sophia    Autorka    Księga Gości   Linki

Powrót

4. O nowych znajomościach, zawartych w Krakowie


Wampiry dzielą się na klany – to już zapewne zdążyliście z mojej opowieści wyciągnąć. Mój klan to Tzimizce – jesteśmy władcami środkowej Europy, inni Kainici zaś znają nas pod przydomkiem Diabłów, choć my wolimy nazywać siebie Smokami. Dzielimy się na linie krwi – domy – i, o ile mi wiadomo, jest to podział unikalny wśród naszego rodzaju. Choć pozostałe klany także miewają swoje podgrupy, o tyle system domów jest czymś, co występuje tylko u nas. Nie będę wam przedstawiać wszystkich domów, podobnie, jak, wszystkich klanów – taka wyliczanka byłaby nudna. Jeśli chcecie informacji, poszukajcie, Internet zawiera wiele ciekawych rzeczy...
Mój dom to dom Tzildaris – jesteśmy uczonymi i dyplomatami. Byliśmy wówczas sporym domem – a szybko mieliśmy stać się najsilniejszym, na nieszczęście, bo stało się to nie wskutek wzrostu naszej siły, lecz przez upadek innych... wtedy jednak, jesienią roku 1450, ciągle jeszcze nasz klan był silny i ciągle jeszcze silny był dom Brankovan-Waivadi, władający Polską i Litwą. Właśnie Kraków, jako stolica Królestwa Polskiego, był ośrodkiem ich władzy i siedzibą wojewodów domu – Ferencza Waivadi, i jego małżonki Smerandy Brankovan. Król i Królowa Północy – tak ich nazywano. Klan darzył ich wielkim szacunkiem – ostatnich kilka stuleci upłynęło im na obronie zachodnich granic włości przed Niemcami i coraz silniejszym klanem Ventrue, wschodnich zaś – przed Rusinami. Teraz od południa zagrażali Polsce Turcy i Tatarzy, a choć królestwo śmiertelnych rosło w siłę, dom Brankovan-Waivadi słabł. Choć nieliczni, byli jednak wpływowi i należało się z nimi liczyć.
Spotkałam już wcześniej Ferencza i Smerandę, miałam też okazję poznać ich potomków. Teraz zostałam zaproszona do domu jednego z nich, miejskiej rezydencji zwanej Kamienicą pod Smokiem.
Ten dom dziś już nie istnieje, zrównany z ziemią w toku tragicznych wydarzeń. Gdyby istniał, niewątpliwie byłby perłą gotyckiej architektury, dorównując kamienicom Pragi. Zajmował dwie kurie – tak nazywano działki przeznaczone pod zabudowę – był więc nie domem, a pałacem. Jego ceglaną fasadę zdobiło kamienne laskowanie, układające się w smukłe ostrołuki. Nad zdobionym misternie portalem widniała rzeźba przedstawiająca smoka. Zwinięty gad trzymał w zębach koniec własnego ogona.
Trudno mi było nie uśmiechnąć się szeroko na ten widok. Podniosłam wyżej głowę i ruszyłam w stronę wejścia. Moja świta podążała za mną.
Przy wejściu do kamienicy natrafiliśmy na Kainitę. Wysoki, ciemnowłosy i ciemnooki mężczyzna w czarnym wojskowym stroju, z mieczem przypiętym do pasa także zmierzał w tę samą stronę. Nie był to Ferencz ani żaden z jego synów, nie dostrzegłam w nim też żadnych oznak przynależności do domu. Najpewniej należał do innego klanu. Obcy wydał mi się pomniejszym szlachcicem, zapewne robiącym karierę, lecz nie noszącym wielu tytułów. Zatrzymałam się w drzwiach, czekając, aż mnie przywita.
Zmierzył mnie wzrokiem, ale nie powiedział nic. Patrzył na mnie z góry, oczekując że to ja odezwę się pierwsza.
Niewychowany prostak. Nie zamierzałam czekać więcej, weszłam do pałacu. Szlachcic podążył za mną jak zły cień.
Zaanonsowano mnie i wkroczyłam do reprezentacyjnej sali, gdzie ustawiono już stół, przy którym mieliśmy usiąść. Za nim siedziała trójka Spokrewnionych. Ferencz, wysoki, postawny, w czarnym wojskowym stroju, ze smokiem na piersi. Smeranda, blondynka o skórze niemal przezroczystej, tak, że widać był drobne żyłki na jej twarzy i dłoniach, ubrana w suknię barwy wina, wyciętą tak głęboko, jak w owych czasach nie przystawało śmiertelniczce. Zapamiętałam ten obraz, wyryłam go sobie w pamięci, już niedługo cień miał paść na ich oboje, złamać to, czym byli. Teraz jednak siedzieli ramię przy ramieniu, dumni i wyprostowani, mierząc mnie wzrokiem. Obok nich siedział jeden z ich synów – Grigorij, blondyn o orlim nosie i spokojnych, acz zdecydowanych oczach, odziany w dworski strój, barwniejszy nieco, niż odzienie jego rodzicieli.
Wstali wszyscy troje, witając mnie, ja zaś dygnęłam głęboko.
Nim zajęłam jedno z trzech przygotowanych miejsc, sługa zaanonsował Artura Sakiewicza. Nie musiałam się oglądać, by wiedzieć, że jest to ów niewychowany szlachcic – bardziej niewychowany, niż się spodziewałam, gdyż skłonił się naszym gospodarzom w przelocie i bez namysłu zajął środkowe miejsce przy stole. Zapamiętałam sobie tę zniewagę, drugą już tej nocy. Takt i maniery broniły mi jednak zaprotestować w obecności książęcej pary, zajęłam więc miejsce, zerkając tylko z pode łba na pana Sakiewicza.
I w tym momencie znów odezwał się sługa.
- Szlachetny poseł ze wschodu – zaanonsował.
Tego się nie spodziewałam, lecz to tłumaczyło obecność trzeciego krzesła. Wstałam z szacunkiem, a moje oczy z zaciekawieniem spojrzały na Saracena.
Był wysoki i postawny, a jasne szaty podkreślały tak jego budowę, jak i ciemny odcień skóry. Assamici jako jedyni nie stają się z wiekiem coraz jaśniejsi, lecz ciemnieją, tak, że w pewnym momencie ich skóra jest barwy hebanu. Jest to kolor równie nienaturalny jak bladość większości z nas, czy sinawy odcień, który potrafi czasem przybrać skóra Salubri. Barwa śmierci – nie kości, lecz zmumifikowanego pustynnym wiatrem ciała.
Ten Assamita, który wszedł do sali, był jeszcze na tyle młody, że jego skóra nie przeszła od brązu do czerni. Skłonił się nieco niewprawnie, najpierw książęcej parze, potem mnie, zaś panu Sakiewiczowi na końcu. Saracen poznał się widać na panującym tu porządku. Hańba dla miejscowego szlachcica.
- Hala ibn Basil ibn Iman ibn Zahhra abda al-Haquim – przedstawił się, wymieniając imiona wszystkich swych przodków, aż do Hakima, legendarnego założyciela klanu, o którym Assamici zwykli mówić, że nie był z trzeciego, lecz z drugiego pokolenia wampirów – a więc, że jego ojcem był sam Kain. – Przybyły z Alamut w imieniu mojego klanu, ślę pozdrowienia władcom tych ziem.
Ujął mnie swą uprzejmością, choć wiedziałam, że jest niebezpieczną bestią. Czarny, pustynny wilk o płonących oczach i kłach, których nie próbował nawet ukrywać.
Dygnęłam przed nim, głębiej, niż przed aroganckim panem Sakiewiczem, który przyglądał się Saracenowi wzrokiem wyrażającym niezmąconą pewność siebie.
- Panie – zwrócił się Hala ibn Basil do Ferencza. – Pragnę wyrazić moje ubolewanie nad stanem bezpieczeństwa dróg na twych ziemiach. Uprzedniej nocy orszak, któremu towarzyszę, został napadnięty.
Ochrypłe kaszlnięcie rozległo się gdzieś z kąta. Obróciłam głowę.
Kolejny gość dnia dzisiejszego, nieproszony, lecz nie niemile widziany, jak prędko się okazało, ukazał się moim oczom. Nie był to przyjemny widok. Niska, zgarbiona istota, która stała przed nami, była kobietą, lecz poznać jej płeć można było jedynie po obfitej spódnicy i chustce litościwie okrywającej łysawą zapewne głowę. Miała szpetną twarz z haczykowatym, obsypanym brodawkami nosem, usta pozbawione właściwie zębów innych niż kły, skórę obłażącą i pokrytą żółtymi plamami. Nosferatu w każdym calu. Wiedźma – czy raczej jędza – tak archetypiczna, jaką niełatwo znaleźć poza tym klanem. Uśmiechała się drwiąco i tajemniczo, lecz skłoniła się nam wszystkim z szacunkiem.
Ferencz zawołał sługę i kazał mu przynieść kolejne krzesło.
- Usiądź, Magdo – polecił wiedźmie, wyrażając szacunek dla tej pokracznej istoty.
Byliśmy tedy zebrani wszyscy czworo, dziwaczne towarzystwo, sprowadzone tu przez władców miasta. Z jakiegoś powodu wszyscy czworo byliśmy ważni, na tyle, by zebrano nas w jednym pomieszczeniu, a tyle, by pozwolono nam siedzieć.
Jednak Magda nie zamierzała skorzystać z krzesła. Powiodła po nas zapadniętymi głęboko oczyma, wyszczerzyła nieliczne zęby.
- Postoję, panie. Wiedźmie nie godzi się siedzieć przy szlachetnych państwie... Zwłaszcza, jeśli na skargę przyszła.
- Skargę, Magdo?
- Ano, panie – Nosferatu kiwnęła głową. Ciekawe było to, że choć wyrażała się jak wieśniaczka, wymowę miała jak ktoś wykształcony. Kim była przed przemianą, nim krew jej klanu wykoślawiła jej rysy? Mogła być każdym – szpetota stała się maską, na zawsze kryjącą dawną tożsamość kobiety. – Wiesz, że na północ, za miastem Kleparz są moje tereny? Zbójców tam wielu zawsze było – po drogach grasowali, po jaskiniach się kryli. Dziś po zachodzie jeden z nich przyszedł do mnie – ranny. Wczorajszej nocy ktoś rozbił cały ich oddział. Mówią, że potwór, diabeł wcielony, Tatarzyn czarny na gębie, jak potępiona dusza. Oczy mu się żarzyły jak węgle i pianę z pyska toczył... a nie, to jego koń – uśmiechała się złośliwie, patrząc na Assamitę. – koń z piekła rodem, tak, jak i jeździec. Panie, wiem, że bandyci są plagą, lecz zabijanie na moim terenie nie jest uprzejme. Żądam odszkodowania i zapewnienia, ze takie incydenty już się nie powtórzą.
Saracen uśmiechnął się, odsłaniając kły. Prędko miałam przekonać się, że każdy z uśmiechów Assamity ma w sobie coś z groźby.
- Tereny twoje, czy nie twoje, wiedźmo, nie pilnujesz ich dość, a władca tych ziem powinien zadbać o bezpieczeństwo, zwłaszcza o bezpieczeństwo posłów. Panie, oferuję moje usługi. Za drobną opłatą mogę pozbyć się tego problemu, który przecież może zaważyć na twojej opinii.
Ferencz uśmiechnął się tylko.
- W tym celu musisz, panie rozmówić się z moim drugim synem, Kostakim. Na razie jednak pragnąłbym, byś poznał miasto – obecny tu pan Sakiewicz będzie przewodnikiem tak dla ciebie, jak i dla Lady Sophii
- Pragniemy – odezwała się tym razem Smeranda – by wasz pobyt w naszym mieście był dla was nie tylko obowiązkiem, lecz i przyjemnością. Mnie znajdziecie na zamku królewskim, Grigorija tutaj. Mój mąż wyrusza na granicę państwa, ku ziemiom Zakonu Krzyżackiego, nie będzie więc obecny przez jakiś czas. Pod jego nieobecność ja reprezentuję nasz dom i rządzę tymi ziemiami, moi synowie będą mi pomagać. Przykro mi – spojrzała na Assamitę – że przybyłeś panie w momencie, w którym nasze granice są niepewne, lecz zapewniam cię, że mam wszelkie podstawy by prowadzić z tobą rozmowy – ja i obecna tu Lady Sophia, która reprezentuje dom Tzildaris.
Hala ibn Basil spojrzał na mnie, uśmiechnął się, tym razem z zamkniętymi ustami.
Gdy zwiedzaliśmy miasto widziałam, jak szczególną uwagę poświęca murom, jak przygląda się strażnikom, oceniając potencjał obronny. „Chcesz pokoju – szykuj się na wojnę”, mówią. Najtrwalszy pokój to ten, który następuje, gdy masz już wrogów pod butem. Assamici, nauczeni tego wielowiecznymi walkami, nie umieli już myśleć inaczej. Idea wygryzienia sobie drogi do oświecenia opanowała ten szlachetny klan. A mimo to, świadoma, jak wielkie stanowią zagrożenie, szanowałam ich poczucie honoru i otwartość, z jaką przyznawali się do swych ostatecznych celów. Nie byli jak Ventrue, gotowi wbić sztylet w plecy, ani jak czający się we własnych cieniach Lasombra. Bliżej było Dzieciom Hakima do nas, woleli bowiem stawić czoła wrogowi otwarcie. W tamtych dniach Saraceni wciąż jeszcze byli szlachetniejsi, niż rycerstwo Zachodu i musiało minąć wiele stuleci, nim Islam stworzył własną karykaturę – Talibów. Jak bardzo zdegenerowali się sami Assamici – nie wiem, lecz ani przez chwilę nie podejrzewałam ich o zamachy jedenastego września. Wierzę cały czas, że, nie przestając być groźnymi wojownikami, zachowali najlepsze cechy swej cywilizacji i wiary i że przypomną o nich śmiertelnym.


Informuję, że na Zmierzchu pojawił się nowy rozdział. Oraz opowiadanie dodatkowe, tak sie składa, że dziejące się mniej więcej w tym samym okresie... ponieważ autorka zbiera w końcu wątki do kupy, proponuję zerknąć :)
Krytyka mile widziana, także ta nieprzychylna. Informuję krytykujących, że obie (Autorka i jej alter ego) chętnie wdajemy się w dyskusję i na komentarze odpowiadamy.



28.czerwca.2009



4 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

miss-cullen miss-cullenponiedziałek, 29.czerwca.2009, 15:05
95.40.228.91

Poinformowałaś, a więc jestem.
Muszę przyznać, że nazwy, jakie nadajesz klanom, lub osobą, nadal buszują mi gdzieś po głowie, ponieważ ujmują swą niepowtarzalnością.
Widziałam jakieś powtórzenia, ale to raz, czy dwa, niezbyt istotne.
Podobają mi się Twoje opisy.
Są takie dogłębne, i dokładne.

Czekam już na następny rozdział, i mam nadzieję, że rozwiniesz nieco wątek pary królewskiej i ich upadku.

Pozdrawiam,
Panna Nikt.

truskawka truskawkapiątek, 3.lipica.2009, 21:45
83.20.5.1

Nowa notka, a w niej :
- Wiadomości o nowych notkach.
- Kilka informacji dotyczących zgłoszonych blogów.
- A na koniec, COŚ DLA KAŻDEGO BLOGGERA! Kolejna szansa wypromowania bloga w interesującym plebistycie!

Zapraszamy!

zawsze-usmiechnieta pinokjomylog.plniedziela, 5.lipica.2009, 21:25
80.48.195.36

Zapachniało mi trochę "Wywiadem z wampirem". ;) Chodzi mi o sposób przedstawienia historii.

Jedynie co mi się nie podoba, to za dużo opisów i wolnych dywagacji twojej bohaterki. Strasznie hamuje to rozwój akcji. :)

Cieszę się, że w końcu jakieś normalne wampirze opowiadanie na mylogu. ;)

Pozdrawiam.

oko okoniedziela, 5.lipica.2009, 21:29
80.48.195.36

To wyżej to ja. ;d Zapomniałam zmienić. :)



Minęło:
Opowiadania: 1   2    3    4   5   6   7    8   9   10   11   12   13   14   


Do ulubionych    Podlinkuj