3. O burzy, która zaczęła się nad Europą
Był rok 1450, początek upadku, jak szybko miałam się przekonać. Rok, który na zawsze odmienił mój klan, świt nowej ery, którą już dawno przeczuwano.
Od roku przebywaliśmy, ja i Marius, mój ojciec, na naszych ziemiach, w Humennem na Górnych Węgrzech. Lato było pogodne, ciepłe, ziemia obrodziła, szlaki handlowe stawały się co prawda coraz bardziej niebezpieczne, lecz dbaliśmy, by na naszych ziemiach nie było zbójców. Handel kwitł więc, miasto rozwijało się, a my mogliśmy snuć plany na przyszłość. Prowadzącym z Polski na Węgry traktem przejeżdżały kolejne karawany kupieckie, wraz z nimi co jakiś czas zjawiał się ktoś interesujący, nie narzekałam więc ani na nudę, ani na brak towarzystwa.
W maju odwiedził nas cygański tabor i przez ponad miesiąc musieliśmy wysłuchiwać skarg mieszczan na, w większości wypadków fikcyjne, kradzieże. Ciężko jest wydawać wyroki, które mają być zarazem sprawiedliwe i satysfakcjonować lud, a ojciec z premedytacją zwalał to na mnie, wychodząc z założenia, że jeszcze wiele muszę się nauczyć. Skończyło się na pręgierzu dla jednego z Cyganów – pozostali przyjęli to ze stoickim spokojem, przyzwyczajeni do takiego traktowania. Spodziewali się, jak stwierdził Bhaskar, że kogoś powiesimy.
Bhaskar? Był Ravnosem, znałam go już od jakiegoś czasu. Trasa jego taboru co jakiś czas przecinała Humenne i wtedy zachodził do nas, zawsze przynosząc wieści, mnóstwo opowieści, w które prędko przestałam wierzyć, i kradnąc zawsze jakiś drobiazg – „na pamiątkę” – jak oznajmił ze stoickim spokojem, kiedy go przyłapaliśmy... Tego roku przywiózł ze sobą fantastyczną opowieść o zgromadzeniu czarnoksiężników, którzy przybywali z całego świata w jakieś nieznane miejsce, by tam planować... nie wiedział co, ale miał wiele teorii. Słuchałam go i, jak się dowiedziałam później, sporo było prawdy w tej historii, choć Bhaskar, zwyczajem swego klanu, puścił wodze fantazji.
Z początkiem czerwca Cyganie odjechali, kolejne miesiące upływały spokojnie, jeśli nie liczyć gońców co i rusz mknących drogą. Nieśli wieści ze świata. Turcy znów planowali zdobyć Konatantynopol i tym razem miało im się to udać, nikt już nie miał złudzeń, że Nowy Rzym przetrwa. Na zachód, do Italii zwłaszcza, zmierzali co przezorniejsi mieszkańcy miasta, uwożąc z sobą cenne księgi. Z drugiej jednak strony Turcja zaczęła próbować też pertraktacji – z pewnym zdziwieniem dowiedziałam się o poselstwie wysłanym do polskiego króla. W obliczu niedawnej klęski Polaków pod Warną mogli stawiać żądania nie do spełnienia.
Były też inne wiadomości, pełne niedopowiedzeń i niepokojące. Kolejne pogłoski o zgromadzeniu czarnoksiężników, wieści o Inkwizycji, która na zachodzie Europy rosła w siłę tak, że osłabiła pozycję klanu Lasombra, który dotychczas rządził we Włoszech i miał silny wpływ na kościół. Plotki o konflikcie wewnątrz mojego własnego klanu – konkretnie w domu Ruthven, gdzie młode wampiry podniosły bunt przeciw tyranii wojewody.
- To się nie skończy dobrze – rzekł mój ojciec, krzywiąc się. – Albo wojewoda stłamsi bunt, wybijając własne potomstwo, albo spęta ich więzami krwi. Żałosne.
- A jeśli – spytałam – młodzi pokonają jego?
- Nikt z Tzimizce nie popełniłby zbrodni unicestwienia własnego stwórcy – powiedział z uporem.
Ja jednak nie byłam tak co do tego przekonana. Konserwatyzm Mariusa nieraz uniemożliwiał mu dostrzeżenie pewnych faktów, a i zasady naszego domu, domu Tzildaris, były zupełnie inne, niż Ruthvenów. Oni byli zdegenerowani – my umieliśmy być okrutni, ale zazwyczaj unikaliśmy tego, tak względem śmiertelnych, jak i względem samych siebie.
Kolejne wieści dotyczące klanu, tym razem naszego domu, przyszły niebawem. List przywiązany do nogi sokoła zmartwił mojego ojca.
- Co się stało? – spytałam.
- Nasz wojewoda odchodzi ze stanowiska.
Zaskoczyło mnie to. Tzildaris był tym, który nadał naszemu domowi imię. Nasze istnienie było tożsame z tym milczącym wampirem o młodzieńczej twarzy i rysach dawno już wymarłego bliskowschodniego ludu.
- Kto go zastąpi?
- Nie wiem – Marius zgniótł pergamin w dłoni. – Mam się udać do Twierdzy.
- Mam jechać z tobą?
- Nie. Ty udasz się do Krakowa.
To zaskoczyło mnie jeszcze bardziej.
- Ojcze?
- Potrzebny tam jest ktoś z naszego domu. Wraz z poselstwem jedzie wysłannik Assamitów. Jesteś młoda i brak ci doświadczenia w dyplomacji, pora, abyś go nabrała.
Takt i szacunek dla ojca stłumiły wybuch radości. Misja dyplomatyczna, tylko dla mnie. Pośredniczenie w rozmowach między Assamitami, a domem Brankovan-Waivadi, wielka odpowiedzialność, skok na głęboką wodę... och, jak mile łechtało to moja dumę, jak bardzo przemawiało do moich ambicji i do młodzieńczego niepokoju, który kazał mi szukać wrażeń.
Ujęłam w dłonie fałdy sukni, dygnęłam przed Mariusem głęboko.
- Nie zawiodę cię, ojcze.
- Tego po tobie oczekuję – powiedział.
Jak bardzo byłam wdzięczna ojcu i starszym domu, że wybrali mnie do tej misji... Owszem, nie miała być ona łatwa, Assamici byli klanem ze swej nieugiętości i bezwzględności w postępowaniu tak ze Śmiertelnymi, jak i z Kainitami. Podobnie jak Tzimizce, oczywiście, ale Assamici mieli jeszcze jedną cechę, która czyniła ich niebezpiecznymi – upodobanie do krwi nie ludzkiej, lecz wampirzej. Większość z nas kosztuje vitae własnego rodzaju – oni się nim żywili. To czyniło z nich zabójców, których lękał się cały nasz rodzaj.
Assamici sprzyjali Turkom i w większości wyznawali Islam, nie sprzeniewierzając się zarazem wierzeniom naszego rodzaju. Ich obecność na Bałkanach niepokoiła mój klan – od paru wieków już odpieraliśmy ich ataki, ramię w ramię ze śmiertelnikami. Nikt z nas nie pragnął oddawać ziemi i krwi. Poselstwo mogło być szansa rozwiązania problemu, ja zaś miałam zyskać okazję do sprawdzenia się jako dyplomatka.
Wyruszyłam więc – zabierając więcej niż to było wymagane, z ambitnym planem zakupienia kawałka ziemi i zapewnienia sobie – lub innym przedstawicielom domu – schronienia i wpływów w stolicy coraz potężniejszego Królestwa Polskiego. Mogło okazać się bowiem, że obecność moja – lub kogokolwiek innego z naszego domu – znów okaże się niezbędna.
Wraz z jesienią przybyłam do Krakowa. Była niecała godzina przed świtem, niebo nie było już jednolicie czarne i na jego tle widziałam złociste liście na drzewach i wieże murów obronnych. Wysoko ponad miastem wznosiło się wzgórze z zamkiem królewskim, centrum wszystkiego, miejsce niezwykłe i mistyczne, z czego wówczas nie zdawałam sobie sprawy.
Wjechaliśmy od południowej strony, od miasta Kazimierz, wówczas satelity Krakowa, odgrodzonego od stolicy korytem Wisły i pasem przedmieściem Stradom. W bladym przedświcie widziałam światła palące się w oknach klasztorów, gdzie mnisi pomału wstawali na jutrznię, dogasającą świecę w latarni umarłych przed małym kościółkiem pośród bagien. Było późno, zbyt późno, aby próbować nawiązać kontakt z moimi gospodarzami, czułam zbliżający się świt. Z niezadowoleniem wynajęłam więc pokój w pierwszej napotkanej gospodzie w pobliżu murów.
Och, zróbcie jakąś małą przyjemność An, autorce, biednej studentce podczas egzaminów. Pracuje ciężko na swoje oceny i swoje dzieła, nagrodźcie jej trud komentarzem...
Sophia
7.czerwca.2009