2. O powodach, które skłoniły Sophię do przedstawienia swych wspomnień
Internet, ten wynalazek ostatnich lat, niezmiennie zaskakuje mnie i przeraża. Zadziwiające jest to, ile rzeczy stało się dzięki niemu dostępniejszych i prostszych. Zadziwiające jest też to, jak wyraźnie odbija się w nim głupota rodzaju ludzkiego.
Nie, nie zrozumcie mnie źle, wiem, jak wiele niezwykłych rzeczy mogą dokonać ludzie – ale czasem analizując ich poglądy przyłapuję samą siebie na pełnym politowania uśmieszku. Chyba najlepszym przykładem będzie podejście do mojego rodzaju, które zaobserwowałam ostatnio. To jaskrawy przykład, ale pozwoli wam zrozumieć powody, dla których zdecydowałam się na tę stronę.
Otóż czytałam niedawno pewną książkę. Słynną, zapewne dzięki internetowi, bo swoim poziomem literackim znacznie odbiega od większości klasyków literatury, zwłaszcza od powieści XIX-wiecznych, które uważam za szczyt możliwości. Zabawną, bo, jeśli mam być szczera, śmiałam się z całego mojego martwego serca, czytając ją. I za to jestem autorce na wieki wdzięczna. Umiem docenić dobrą zabawę, a ponoć śmiech to zdrowie – o ile można rozważać kategorię zdrowia, oczywiście.
Bohater tej książki jest idiotą i tym, co w dzisiejszych czasach określa się słowem „emo”. Nie, żebym nie znała głupców – znałam ich wielu, poczynając od pana Sakiewicza, oczywiście. Nie, żebym nie znała tragicznych nieszczęśników – tu na plan pierwszy wysunie się Sariel. Ale bohater tego dzieła przebił wszystko. Przebił nawet Louisa z „Wywiadu z Wampirem”, bo Louis w końcu zmądrzał i pojął, czym jest. Ktoś, kto żywi się wyłącznie krwią zwierząt i wzdryga się na myśl o zabijaniu albo o ugryzieniu własnej ukochanej jest i zawsze będzie żałosny. Cała koncepcja „dobrego wampira” jest żałosna. Przejechali się na tym Salubri, oj bardzo się przejechali, i przypuszczam, że gdyby bohater tej książki istniał w rzeczywistości, przejechałby się jeszcze prędzej – letalnie. I może machnęłabym na to ręką, ale niestety namnożyło się po tym dziełku historii powielających schemat wampira – mdłego do bólu tragicznego kochanka. A niestety pewna osóbka ten schemat nieświadomie powieliła, więc muszę ją sprostować.
Ach, może bym się przedstawiła? Jak mam dobrać słowa, żeby wywołać właściwy efekt, nie będąc posądzoną o kicz? Och i tak będę. Samo moje istnienie jest ponoć kiczem.
Jestem krwiożerczą suką o kamiennym sercu. Jestem nieludzka i okrutna. Jestem złośliwa, władcza i umiem zabić dla własnych korzyści i zranić dla zabawy. Jestem wybitnie inteligentna, nie mam kompleksów – nazwijcie mnie zarozumiałą, proszę bardzo, kto pierwszy rzuci kamień? Urodziłam się, by rządzić – sześćset lat temu, na Górnych Węgrzech. Wychowano mnie w poczuciu bycia lepszą – nasz rodzaj zawsze bowiem górował nad śmiertelnymi i nawet, jeśli teraz włożyliście nasze istnienie między bajki, wiedzcie, że tak czy inaczej stoimy wyżej od was. Jestem szlachcianką ze starego rodu i z bardzo starego, szlachetnego, choć upadłego nisko klanu. Jego nazwa budzi zasłużony lęk – i niezasłużone obrzydzenie. Jestem wnuczką wielkiego wojownika, poddaną mądrego czarnoksiężnika, matką syna, z którego jestem ze wszech miar dumna. Znałam wiele osób, śmiertelnych i nieśmiertelnych, zwykłych i obdarzonych mocą. Dołożyłam swój kamyczek do lawiny historii.
Nazywam się Sophia Drugeth Hommonay i’Tzimizce.
Dla was pewnie jestem postacią fikcyjną? Zrodziłam się w umyśle pewnej osóbki?
A może spójrzcie teraz za czwartą ścianę, popatrzcie mi w oczy i uwierzcie, że istnieję naprawdę? Może tak właśnie jest? Może fikcją jest wydawnictwo White Wolf i ich system „Świat Mroku”, fikcją jest An-Nah, rzekoma autorka tej historii, jej pokręcona osobowość – razem z kaprysami niespełnionego pisarzątka czy kolejnym kierunkiem studiów? Fikcją są osoby, z którymi gra, a wszystkie ich postaci – wszyscy ci, których spotkałam – istnieją naprawdę? Załóżcie tak na chwilę. Popatrzcie na mnie, jak na istniejącą naprawdę wampirzycę, a nie kolejną fikcję.
Jeśli nie – zawsze istnieje szansa, że spotkam was po zmroku. Macie duże szanse nie przeżyć tego spotkania.
19.maja.2009