Zanim przeczytasz... czyli disclaimer


Zmierzch   Sophia    Autorka    Księga Gości   Linki

Powrót

1. O tym, jakie wydarzenia historyczne towarzyszyły pierwszemu stuleciu nieżycia Sophii Drugeth


Pamiętam jego dłonie, pierwsze co rzuciło mi się w oczy – długie palce, nieludzko smukłe, z paznokciami przypominającymi szpony. Siedział w fotelu wyłożonym wzorzystym wschodnim kobiercem, za plecami miał płonący w kominku ogień. Wpatrywał się we mnie badawczym wzrokiem, w którym nie było wiele człowieczeństwa. Nie ukrywał się z tym, każde jego spojrzenie, każdy gest dawał do zrozumienia, że jestem istotą niższą a przy tym jemu podległą. Pięcioletnia dziewczynka, którą wówczas byłam, nie miała wyboru, oczy i ruch ręki przyciągały ją. Podeszłam a wtedy jego palce ujęły mój podbródek, twarde i lodowato zimne. Spojrzał mi w oczy i musiał ujrzeć w nich coś, co go satysfakcjonowało, skoro jestem dziś tym, kim jestem.

***


Urodziłam się na terenach, które obecnie są pograniczem między Węgrami i Słowacją. W tamtych czasach nikomu się nie śniło nawet, że mówiący słowiańskim językiem chłopi będą kiedyś panami własnego państwa. W obecnej Słowacji, podobnie jak na terenie Węgier i w Siedmiogrodzie - w owianej legendami Transylwanii – rządzili Madziarzy, lud przybyły w dziesiątym wieku ze wschodu, wedle mitu, który ukuto w szesnastym wieku – krewniacy Hunów, spadkobiercy Attyli. Prędko stali się potęga, z którą zaczęła się liczyć cała ówczesna Europa. Pod panowaniem Arpadów, a potem Andegawenów urośli w siłę.
Przyszłam na świat za panowania władcy z tej drugiej dynastii, Ludwika, który później był też władcą Polski. Mój śmiertelny ojciec spłodził mnie zapewne niedługo po swoim powrocie z wyprawy do Italii w 1347 roku, bo światło dzienne ujrzałam około dziewięciu miesięcy po jego powrocie. W 1349 moja matka zmarła w połogu, rodząc moje dwie młodsze siostry. Ojciec, zbyt stary, by wyruszyć do Italii po raz drugi, nie był zbyt sędziwy, by pojąć swą trzecią małżonkę i by spłodzić jeszcze kilkoro dzieci, z których przeżyło jedno. W sumie w roku 1354, roku śmierci mego ojca, było nas siedmioro. Mój najstarszy brat, dziedzic ziem rodowych i nazwiska, Gabor, był wówczas już dorosły. Miał dwadzieścia dwa lata i młodą małżonkę, która jednak nie zdołała, póki co, dać mu potomka. Potem siostra, Margit, dziewiętnastoletnia i zamężna, nie znałam jej właściwie. Kolejny brat, dwunastoletni Sandor, którego zapamiętałam jako złośliwego, uwielbiającego znęcać się nad zwierzętami i młodszymi dziećmi. Cała ta trójka była dziećmi pierwszej żony ojca. Ja i bliźniaczki – Terezia i Dorottya byłyśmy dziećmi drugiej. Trzecia żona, rówieśnica Margit, dała ojcu syna, Istvana, który, czego nikt wówczas się nawet nie spodziewał, miał w końcu być dziedzicem rodu.
Wkrótce po pogrzebie ojca na zamku zjawił się jego brat – tak przynajmniej wszyscy określali tego władczego człowieka. Nie licząc się z Gaborem, wziął w opiekę ziemie i wdowę. Nas obserwował. Jedno po drugim wzywał nas do siebie, zawsze w nocy, bo nikt nigdy nie widział go za dnia. Czy wszystkich lustrował wzrokiem tak samo jak mnie? Nie wiem. Nie rozmawialiśmy o tym.
Pół roku później Gabor zginął na polowaniu. Nie wiem, na ile jego śmierć była rzeczywistym wypadkiem, na ile zaś efektem konfliktów ze stryjem. Nie interesuje mnie to. Zbyt wielka przepaść dzieliła mnie i moje starsze rodzeństwo, żebym kiedykolwiek czuła się z nimi związana.
Tożsamość mego stryja odkrywałam pomału, tak, jak dziecko odkrywa zasady rządzące światem. Nie ukrywał jej przed innymi, za rzecz oczywistą uznając fakt, że jest istotą wyższą. Jak szlachta panowała nad pospólstwem, tak jego rodzaj panował nad ludzkością. Czy mnie to przerażało? Nie sądzę. Byłam dzieckiem, brak było mi edukacji, która mogłaby wpłynąć na moje postrzeganie tej sytuacji. Mgliście pamiętam strzępki legend, które opowiadano mi przed śmiercią ojca jeszcze – o dawnym panu naszego zamku, diable wcielonym. Legendy okazały się być prawdą, ale nie dziwiło mnie to wcale. Nie miałam wyboru – to były takie czasy i taka sytuacja, jak mogłabym nie wierzyć w ludową mądrość mojej mamki, jak mogłabym się sprzeciwić autorytetowi stryja?
Prędko zaczął dbać o naszą edukację. Miałam dopiero sześć lat, gdy polecił jednemu z zamieszkałych w mieście franciszkanów uczyć mnie czytania i pisania. Do dwunastego roku życia znałam już łacinę i kilka razy przeczytałam Biblię, prócz tego poznałam kilka innych dzieł literackich. Sandor nie wykazywał wielkiej chęci do nauki, wolał zdobywać umiejętności bojowe. Moje młodsze siostry były pilniejsze, lecz to im stryj znalazł narzeczonych – ja zaś w dniu w którym stałam się kobietą nie byłam jeszcze nikomu obiecana.
Nie byłam już dzieckiem. W tych czasach dojrzałość przychodziła szybko, wraz z nią zaś – świadomość pewnych rzeczy. Pojmowałam coraz więcej i pomału zaczynałam rozumieć, że jestem częścią planu stryja. Nie przerażało mnie to – wręcz przeciwnie, fascynowało. Wychowałam się w jego cieniu, w świadomości jego istnienia i natury. Byłam mu podległa – jako krewna, jako kobieta, jako uczennica, jako poddana. To było oczywiste i naturalne – dziś mało kto umiałby to zrozumieć. Słuchać go – to była moja rola w porządku wszechrzeczy i nawet moja niewątpliwa inteligencja nie kazała mi tego kwestionować. Nie znałam jeszcze świata. Miałam poznać go wkrótce.
Cztery lata później stryj wysłał mnie do Pragi. W tym niezwykłym mieście, centrum ówczesnej nauki w Europie środkowej, miałam kształcić się dalej – pod opieką pewnej szlachetnie urodzonej damy. W roku pańskim 1364 przybyłam do miasta.
To był inny świat – wielki, hałaśliwy, różnorodny – choć mój stryj sprowadzał z różnych stron świata dziwnych nierzadko ludzi, tutaj było ich po prostu więcej. Praski uniwersytet, na którym wkrótce miała narodzić się idea, która wstrząsnęła całym regionem... lecz wówczas jeszcze wolna wymiana myśli nie wskazywała na to, co miało się stać.
Zostałam rzucona w ten świat – młoda kobieta, której wydawało się, że wiele wie. Nie wiedziałam nic. Kobieta, pod opiekę której mnie powierzono, uświadomiła mi to dobitnie. Moja dotychczasowa wiedza była jedynie pierwszym krokiem. Teraz robiłam następne – pod opieką światłych ludzi - duchownych, medyków, alchemików, astrologów, szarlatanów - poznawałam prawa rządzące światem. Kobieta nie mogła studiować na uniwersytecie – mogła jednak pobierać prywatne nauki, jeśli tylko miała pieniądze. A pieniędzy na moją edukację nie szczędzono.
Równocześnie zachęcano mnie wręcz, bym żyła pełnią życia. Wydaje wam się, że moje śmiertelne istnienie przypadło na surowe czasy, w których ze wszech stron słychać było nawoływania do cnoty i ascezy? Owszem, lecz były to też czasy wielkich namiętności. Przeczytałam „Roman de Rose” – i sama stałam się Różą dla pewnego młodzieńca ze szlachetnego rodu. Moje młode ciało było pijane ziemską miłością, zaś mój umysł pijany był miłością do wiedzy. Moja dusza? Moja dusza przyjmowała Boga jako stwórcę tego, co kochały moje ciało i umysł. Żyłam. Naprawdę żyłam i wiedziałam, co to znaczy żyć.
Poza zwykłymi ludźmi spotkałam też przedstawicieli rodzaju mego stryja. Moja opiekunka celowo dążyła do tych kontaktów. Skąd wiedziała to wszystko – nie mam pojęcia, ale, choć sama była śmiertelna, zapoznawała mnie pomału ze światem nieśmiertelnych. Wiem też, że raz spotkałam maga, człowieka obdarzonego niewiarygodną wręcz mocą. W owych czasach nie musieli się oni jeszcze ukrywać przed światem tak jak dziś – podobnie zresztą jak Spokrewnieni, którzy nie przestrzegali jeszcze bezwzględnie zasady Maskarady. Owszem, istniała już inkwizycja, lecz schyłek średniowiecza nie znał jeszcze masowych polowań na czarownice. Stosy płonęły, lecz nie tak często, jak wyobraża to sobie wielu współczesnych. Zresztą, rzadko kiedy ginęły na nich naprawdę nadnaturalne istoty – częściej śmiertelni kacerze.

***


Wróciłam do rodzinnego miasta po czterech latach. Byłam inna. Dojrzalsza, bardziej doświadczona, patrzyłam na świat zupełnie innymi oczyma. To, co wcześniej pojmowałam intuicyjnie, teraz umiałam zgłębić. Każda nowa wiedza stawała się wyzwaniem.
W międzyczasie zmarł mój brat Sandor. Jakaś choroba nawiedziła miasteczko, a chłopak padł jej ofiarą. Nie żyła również moja macocha, o okolicznościach jej śmierci mówiono z niechęcią – ponoć znalazła sobie kochanka i umarła próbując pozbyć się dowodu swego grzechu. Moje młodsze siostry zostały wydane za mąż, pozostałam więc jedynym dorosłym potomkiem mego ojca. Istvan miał czternaście lat i charakter równie porywczy, jak jego starsi bracia.
Mój pan był zadowolony. Spełniłam jego oczekiwania. Kolejne pięć lat spędziłam w rodzinnym mieście, na dalszej nauce. Poznawałam tajniki wiedzy, o którą dotąd ledwo się otarłam: wiedzy o ludzkim ciele i jego funkcjonowaniu. Pod okiem mego pana poznawałam też inne strony nauk pobranych jeszcze w Pradze i, wraz z bratem, uczyłam się, jak zarządzać zamkiem i majątkiem. Poznałam też historię naszego rodu i jego powiązań z klanem mego pana. Wiedziałam już, jakie przeznaczenie dla mnie wybrano, wiedziałam też już, że nie musze być ślepo posłuszna, że mogę zbuntować się i odmówić – nie uczyniłam tego, ale przyczyną nie był strach przed konsekwencjami. Pokierowano mym umysłem w tak przemyślny sposób, że przemianę, która nastąpiła w 1373 roku potraktowałam jako kolejny, naturalny etap mego życia. Powiedzielibyście, że zostałam zmanipulowana – och, pewnie tak właśnie było, ale nie mam żalu do mego stwórcy. Nim zdecydował się uśmiercić mnie i stworzyć na nowo ze swojej krwi, kazał mi zrozumieć, co mi odbiera.
Pierwsze noce mego nieżycia spędziłam w zamku i jego okolicy, poznając zalążki nowych możliwości i przyzwyczajając się do tego, że nie jestem już człowiekiem. Nie powiem, by było to łatwe – może przygotowano mnie do tej roli, lecz uśmiercenie człowieka było dla mnie po raz pierwszy szokiem. Pamiętam bezwzględne oczy mego stwórcy, wpatrzone we mnie z oczekiwaniem. Musiałam to zrobić. Udowodnić, że nie jestem słaba i że mogę odrzucić ludzką moralność. Byłam czymś więcej niż zwykłym człowiekiem, moje ciała funkcjonowało inaczej, moja dusza pomału była odzierana z ludzkich pierwiastków. To był okrutny proces – jestem pewna, że większość z was nie byłaby na niego gotowa. Nikt nie byłby. Ja też nie byłam – lecz przetrwałam.
Po kilku miesiącach wyruszyliśmy w podróż. Karpaty, majestatyczne góry dzielące Europę środkową od niepamiętnych czasów były domem mego klanu. Przedstawiono mnie starszym klanu, dumnym i władczym, tak samo podobnym do mego stwórcy, jak od niego różnym. Nieludzcy, z dumą noszący własną skazę, apodyktyczni. Pełni mrocznej pasji, która kazała im badać życie i śmierć lub przemierzać gęste lasy w postaci zwierzęcia. To była ich kraina – nasza kraina i byliśmy tacy, jak ona – niezgłębieni, surowi i wyniośli.
Cała środkowa Europa znajdowała się w strefie naszych wpływów – od morza Bałtyckiego aż po krańce Karpat. W kolejnych dziesięcioleciach mego istnienia przemierzyłam ją – docierając nawet do Konstantynopola, upadającej stolicy dawnego cesarstwa. Widziałam Hagia Sophia, kościół Mądrości Bożej, który dziś, ogołocony ze swej ówczesnej wspaniałości, zmieniony został w meczet. Wtedy jeszcze wciąż olśniewał pięknem, które wam trudno byłoby sobie wyobrazić. Jerozolima dawno już została odebrana krzyżowcom, lecz Konstantynopol wciąż był dumnym i pięknym miastem, opierającym się tureckim najazdom.
Nasz kraj także stawiał opór, pod wodzą Zygmunta Luksemburskiego w 1396 roku Węgry poniosły klęskę pod Nikopolis. Król, nigdy nie przejmujący się losem mego kraju, stopniowo tracił władzę, próbując równocześnie zdobyć koronę cesarską.
W Czechach tym czasem wrzało. W 1402 roku Jan Hus rozpoczął wygłaszać kazania w Kaplicy Betlejemskiej w Pradze. Jego poglądy, pozostające pod wpływem angielskiego teologa Johna Wyclifa, zaprowadziły go w 1415 roku na stos. Czechy pogrążyły się w okrutnej wojnie, pierwszej tak wielkiej wojnie religijnej, jaką poznała Europa. Husyci byli zapowiedzią tego, co miało stać się sto lat później – lecz XV wiek nie był jeszcze czasem dla tak daleko idących reform. Mimo to widać już było, że nadchodzą nowe czasy – widać było coraz lepiej. W Polsce na tronie zasiadał Litwin, Jagiełło, panowanie jego potomków miało przynieść temu krajowi największą glorię. We Włoszech narodził się nowy prąd umysłowy, który mój pan uznał za nowinkę, która szybko przeminie, ja jednak, dziecko nowej już epoki wiedziałam, że czasy, na które przypadało pierwsze stulecie mego istnienia, to czas zmian. Przemierzałam Europę środkową i patrzyłam – w Pradze pod panowaniem Husytów. W Krakowie, gdzie odrodzony uniwersytet ściągał coraz więcej przybyszów zza granicy. W Konstantynopolu, który wkrótce miał upaść. W Budzie, gdzie na tronie na krótko zasiadł młody syn Jagiełły, Władysław, którego śmierć była równie bohaterska, jak bezsensowna. Do Europy, targanej wątpliwościami, od strony Bałkan pomału wlewali się Turcy...

8.maja.2009



7 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

alfie alfie.mylog.plsobota, 9.maja.2009, 14:51
83.20.212.238

chcesz zareklamować swoje opowiadanie? a może chcesz porozmawiać na temat książek, muzyki lub filmu? zapraszam na forum http://www.booklovers.fora.pl/ ;)

Pandora Pandora.mylog.plniedziela, 10.maja.2009, 20:38
89.79.70.14

No, będziemy rzecz jasna obserwować z uwagą. Nie tylko ja sama, ale moje hordy z długimi zębami takowoż. Pozdrawiam wampirzycę wredną :D.

carrie carrie.mylog.plponiedziałek, 11.maja.2009, 23:05
83.14.244.2

A mówiłam już, że jestem wielką fanką lady Sophii? :)

Sevisia Sevisia.mylog.plwtorek, 12.maja.2009, 17:24
83.22.179.71

O rany. Co ja widzę - wierna mylogowi! Podziwiam, podziwiam... coś niezwykłego w dzisiejszych czasach.

Co typowe dla Ciebie: prosty, zajebiście user-friendly szablon, a do tego po prostu klimatyczny. Mrr, chwała Ci za to.

Początek już mi się podoba. Ha - właśnie tak mnie nosiło, żeby przeczytać sobie coś wampirzego, a brakuje mi funduszy na Ankę Rice.
Życzę powodzenia z ciągiem dalszym.

lady-drugeth lady-drugethwtorek, 12.maja.2009, 22:44
89.79.198.84

A co miało się konto marnować... Najpierw chciałam oddać, ale same problemy z tego wynikły... To na pierwszym blogu wrzucam info o nowościach - a o tego się Sophia upomniała, a ona jest jaka jest... Zębiska szczerzy i mi grozi...

bella-morte bella-mortemylog.plpiątek, 15.maja.2009, 21:03
83.5.102.51

Świetna historia i ciekawie zapowiadająca się bohaterka. Już na początku widać, że nie jest to przesłodzona, nienaturalnie doskonała postać. Lubię ludzi, którzy potrafią stworzyć taką osobowość. Wśród tych wszystkich przerysowanych tworów, wreszcie pojawia się ktoś normalny (no, w pewnym tego słowa znaczeniu...), posiadający wady i zalety. Ogromne brawa za wprowadzenie wątków historycznych. To dodaje smaczku. Ponieważ zaznaczyłaś, że opowiadanie oparte jest na realiach stworzonych przez White Wolfa, nasza Sophia powinna posiadać klan. Domyślam się nawet jaki... A to dopiero wyzwanie...

lady-drugeth lady-drugethpiątek, 15.maja.2009, 22:24
89.79.198.84

Na tworzenie przesłodzonych, wyidealizowanych postaci An jest za stara, dużo za stara. Za dużo się w erpegi nagrała i za dużo erpegów prowadziła, żeby tworzyć postaci bez wyrazu... Sophia żyje własnym życiem, łazi twórcy po głowie i uważa za stosowne mieć własne zdanie o wszystkim.
A klan jest chyba, zważywszy na miejsce pochodzenia Sophii chociażby, oczywisty?



Minęło:
Opowiadania: 1   2    3    4   5   6   7    8   9   10   11   12   13   14   


Do ulubionych    Podlinkuj