Zanim przeczytasz... czyli disclaimer


Zmierzch   Sophia    Autorka    Księga Gości   Linki

14. O twierdzy domu Tzildaris i o Tzildarisie samym


Spotkałam go po raz pierwszy w kilka lat po przemianie, mojej drugiej nocy w Twierdzy. Przybyliśmy bowiem nad ranem i brakło nam czasu na spotkania ze starszymi. Udawałam się na spoczynek podekscytowana, i przysięgam, gdybym mogła, zwyczajem śmiertelnych, odłożyć chwilę snu, nie bacząc na konwenanse udałabym się przed oblicze wojewody domu od razu. Marius pokrótce opowiedział mi, z kim będę mieć do czynienia i osobowości wszystkich naszych starszych wydały mi się nadzwyczaj ciekawe. Lecz o Tzildarisie mówił najmniej, moje pytania zaś kwitował krótkim „zobaczysz”.
Więc, gnana ciekawością, tą pożerającą mnie od wewnątrz siłą, następnej nocy podążyłam za moim ojcem – tak, już wtedy nazywałam Mariusa ojcem, stał mi się bowiem bliższy, niż kiedykolwiek moi śmiertelni rodzice – przez wykute w skale korytarze Twierdzy.
Czekano na mnie w sali, której wystrój wydał mi się początkowo niecodzienny. Przyzwyczajona byłam do przedmiotów przywiezionych ze wschodu, Marius bowiem otaczał się nimi nader chętnie, nie widziałam ich jednak nigdy tak wielu, ani też nie widziałam pomieszczenia, w którym większość sprzętów w swej ornamentyce nawiązywałaby do odległych Indii. Krawędzie półek wyrzeźbione były na kształt drzew, w gałęziach których wplecione były ludzkie sylwetki o owych miękkich, delikatnych ciałach, jakie są ideałem w kraju nad Gangesem. Pnie drzew wspierały się zaś na grzbietach słoni, przybranych zdobnymi czaprakami i pióropuszami na czołach. Nigdy dotąd nie widziałam tak dobrze oddanych tych zwierząt – tak, jak nigdy dotąd nie widziałam lwów równie realistycznych jak te, które wspierały oparcia ażurowe foteli otaczających długi stół.
Ten pokój nie był salą tronową, lecz raczej salą narad i małą biblioteką, zawierającą sobie, jak się przekonałam później, głownie dzieła poświęcone geografii, polityce obcych krain, oraz mapy. Ujrzałam tu także rzecz niespotykaną, w moich oczach bardziej ciekawostkę, niż przydatną rzecz: model świata jako sfery, oparty na wizji Ptolomeusza bardziej, niż poglądach ojców kościoła.
Te wszystkie cuda jednak dostrzegłam w przelocie, kierując wzrok przede wszystkim na starszych – trzech Kainitów (Maura była bowiem wówczas nieobecna), siedzących przy stole.
Z opowieści mego ojca mogłam wywnioskować, kim są. Białowłosy, białoskóry wysoki mężczyzna o oczach czerwonych jak krople krwi, z blizną na lewym policzku musiał być Morganem Demetriusem, rodzicielem Mariusa, blondyn o ostrych, nieporuszonych rysach zaś – Istvanem, znanym jako mędrzec i czarnoksiężnik, bratem Maury, pamiętającym odległe czasy... Lecz moją ciekawość skupił na sobie trzeci ze starszych, siedzący najdalej od drzwi, w półcieniu, jakby nie pragnął rzucać się w oczy – choć paradoksalnie, to on najbardziej przykuwał wzrok.
Po jego ramionach, widocznych ponad stołem wywnioskowałam, iż jest szczupły, lecz przed swoją Przemiana musiał być sprawny fizycznie. Nawet, jeśli teraz był mędrcem, kiedyś musiał być też wojownikiem.
Jego rysy twarzy nie przypominały żadnej z ludzkich ras, które znałam – należały bowiem do ludu, który wymarł dawno temu. O ile Istvan i Maura, równie starzy, wywodzili się z ras od których pochodzą ludy wschodniej Europy i Bałkan, o tyle naród Tzildarisa wygasł przed stuleciami. Czułam to.
Czy to była strata i pustka, o której mówiły jego oczy? Nie. Za czymś innym tęsknił, coś innego odebrały mu wieki. Śmiertelne życie? Być może, lecz przecież tę stratę poniósł kiedyś każdy z nas, Tzildaris zaś...
W tych brunatnych oczach krył się smutek pozbawiony granic i dna, wszechobecny i wszechogarniający – lecz zarazem spokój, gdyż smutek ten nie był rozpaczą. Cokolwiek utracił Tzildaris, nauczył się żyć bez tego, stratę przekuł w mądrość. Ostoja spokoju, wydawał się być równie stabilny i prastary, co skała, w której wykuto korytarze Twierdzy. Niezbadany i przerażający bardziej, niż wielu równie starych Spokrewnionych.
Ja, młoda, przemieniona przed zaledwie kilku laty, zamarłam, przytłoczona tą obecnością. Tzildaris zaś podniósł się i, wyminąwszy stół i siedzących przy nim Spokrewnionych, zbliżył się do mnie i Mariusa. Zadrżałam, gdy jego twarz znalazła się tuż ponad moją.
- Ty musisz być Sophią – rzekł. Głos miał cichy i melodyjny, z pobrzmiewającymi w nim echami dziwnego akcentu – ślad języka, którym mówił tysiąclecia temu.
Zebrałam siłę woli, odważyłam się przemówić.
- Tak, panie.
- Ile masz lat, Sophio?
- Dwadzieścia pięć jako człowiek, panie. I dwa lata od mojej przemiany.
- Młoda, bardzo młoda – spojrzał na mego ojca, a w jego oczach dostrzec można było pytanie.
- Byłem pewien, że jest gotowa – rzekł Marius.
Kiwnęłam głową potwierdzając jego słowa. Tak, byłam gotowa na przemianę, choć teraz nie wiedziałam, czy jestem gotowa, by patrzeć w przerażająco głębokie i spokojne oczy Tzildarisa.
- Usiądź, Sophio. Opowiedz o sobie. Jesteś krewną Mariusa, czy tak?
- Mój ojciec... moim śmiertelnym ojcem był Vilmos Drugeth.
- Ach. Tak – widziałam uśmiech na jego twarzy, ujmujący, lecz przerażająco smutny, jak wszystko w tym niezwykłym Kainicie.
- Jesteśmy silną krwią – rzekł mój ojciec, ten, który był mi bliższy, niż mężczyzna, który był mnie spłodził dwadzieścia siedem lat wcześniej. – Wywodzimy się od ludów, które przybyły tu ze wschodu przed narodzinami Chrystusa.
- Wiem, Mariusie – rzekł Tzildaris. – Byłem tu.
Jakby był tu wtedy, gdy wyrastały te góry, jakby był równie stary, co skały.
Nie poznałam nigdy tego, którego imię nosi nasz klan. Miał dla mnie na zawsze pozostać enigmą. Lecz jeśli taki był jego syn, on sam musiałby powalać jednym spojrzeniem. Nic dziwnego, że buntownicy postanowili go zniszczyć – dla nich musiał uosabiać wszystko, co w naszym klanie pradawne. I strach, bezbrzeżny strach, wyrastający z kolejnych mileniów.
To ze strachu podnosili rękę na starszych, nie z innych powodów.
***

A teraz staliśmy naprzeciw górskiego pasma, które skrywało w sobie jego twierdzę. Ośnieżone szczyty piętrzyły się przed nami i nie mogłam wypatrzyć, który z nich jest właściwy – lecz wiedziałam, że jest tam, fantastyczny, niemożliwy zamek i Spokrewniony o niemożliwych oczach za jego murami.
Umilkły warkoty za naszymi plecami, umilkł szczęk broni. Jeśli Trevor i Hala ibn Basil żyli (lękałam się jednak, że zginęli w walce), pozostawali daleko za nami.
- Tam – wskazałam – kolejnej nocy powinniśmy być na miejscu.
Magda oglądała się w tył. Wątpiłam, by tęskniła za swoim niedźwiedziem, raczej intrygował ją los Assamity i Gangrela.
- Zaczekajmy – zaproponowała.
- Dobrze – rzekłam, sama zsiadając z konia. – Krzysztofie!
Spojrzał na mnie ze swego wierzchowca.
- Zsiadaj, Krzysztofie.
- Tak, pani.
Po chwili klęczał przede mną, świadom powagi sytuacji, nie mogąc pozwolić, by patrzeć na mnie z góry.
- Wiesz, co zrobiłeś?
- Złamałem twój rozkaz, pani.
- Dobrze, że wiesz.
- Co zrobisz? – ośmielił się spytać.
- A ty, co zrobiłbyś, gdyby któryś z twoich ludzi popełnił taki błąd?
Pochylił głowę niżej.
- Kazałbym go zabić, pani.
Kątem oka widziałam, jak Szilard patrzy na nas z przerażeniem. Gdybym rzeczywiście skazała Krzysztofa na śmierć, to on musiałby wykonać egzekucję.
- Jesteś doskonałym dowódcą – rzekłam. – Tak, czeka cię śmierć. Czeka cię śmierć, jeśli jeszcze raz sprzeciwisz się moim rozkazom. Ale nie mogę sobie teraz pozwolić na stratę kogoś takiego jak ty. Pamiętaj jednak, następnym razem nie będę tak łaskawa.
Odetchnął z ulgą.
- Dziękuję, pani.
Dostrzegłam ulgę malującą się na twarzy Danuty – i coś w rodzaju wdzięczności, tej lękliwej wdzięczności, na którą starałam się zapracować.
Teraz, gdy rozwiązałam sprawę z moim niesubordynowanym zbrojnym, pozostało nam tylko czekać.
I dostrzegliśmy w końcu Assamitę wyłaniającego się spośród drzew. Ubranie miał poszarpane i ochlapane przedziwnie pachnącą krwią, jego oczy zaś lśniły, wciąż niosąc w sobie wspomnienie stoczonej walki. Gdy uśmiechnął się do nas, między ciemnymi wargami dostrzegałam wciąż jeszcze nieschowane kły.
- A Trevor? – zapytała Magda, w, jak pomyślałam w pierwszym odruchu, trosce o przyjaciela.
- Zginął.
- Ach.
Wiedźmy nie przejęło to bardzo – widać jednak nie miała wielu względów dla tego Gangrela.
Hala ibn Basil spojrzał na góry.
- Tam? – spytał.
Kiwnęłam głową.
- A więc przewodnik nie jest nam już niezbędny.
Śnieg zaczął padać gęstszy, gdy zjeżdżaliśmy w ostatnią dolinę i zmienił się w prawdziwą zadymkę, gdy kilka godzin przed świtem dostaliśmy się do wioski. Dziwna to była osada – obwarowana palisadą, z wieżą strażniczą nad bramą. Tam zatrzymali nas mieszkańcy – górale półdzicy, odziani w skóry. Patrzyli na nas podejrzliwie, a jeden z nich stanął naprzeciw nas – barczysty chłop o wielkich pięściach, niebojący się chyba i samego diabła. Spytał, po czyjej stoimy stronie, a z jego słów wynikało, że doskonale wie, czym jesteśmy i że to nie przeszkodzi jemu i jego ludziom naszpikować nas strzałami.
Wtedy wyjęłam sztylet zakończony smoczą głową – smok jest bowiem znakiem mojego klanu – i wbiłam go w jeden z bali tworzących palisadę. Przepuścili nas.
Kolejnej nocy mieliśmy osiągnąć cel podróży.
***

Jak mam opisać Twierdzę? Istnieje nadal, stoi tam, gdzie wzniesiono ją półtora milenium temu. Nawałnica rozbiła się o jej wyniosłe mury, nie zostawiając na nich wielu śladów. Stulecia nie nadgryzły granitowych skał, w których wykuto część siedziby mego domu. Turnie i wieże splatają się w jedno, wiatr zaś gwiżdże pomiędzy nimi, zimny, silny wiatr, który dopiero w dolinach staje się ciepłym, przynoszącym depresję fenem.
Droga do Twierdzy wije się pomiędzy skałami, raz biegnąc dnem wąwozu, kiedy indziej krawędzią przepaści. Jadąc nią, cały czas jest się obserwowanym. Ukryte strażnice bacznie śledzą gości, a wieść o każdym przybyszu dociera do Twierdzy prędzej, niż on sam. Gdyby miał stanowić jakiekolwiek zagrożenie, zostałby naszpikowany strzałami jeszcze zanim zdołałby dotrzeć do ostatniej bramy. Tak było kiedyś – dziś za sprawą nowoczesnej technologii szybsza jest komunikacja między poszczególnymi posterunkami i innego rodzaju pociski grożą poszatkowaniem ciała gościa. Niezależnie jednak od tego, jak zmieniły się czasy i technologia, Twierdza wciąż jest ta sama.
Wjeżdżając na górę, widzi się jej sylwetkę, ostrą w czystym, górskim powietrzu. Za ostatnią bramą rozpościera się miasto. Nie jest ludne – nie w porównaniu z metropoliami współczesnego świata. W XV wieku populacją dorównywało stolicom małych europejskich państewek, zaś przybywający do niego goście czynili je barwnym. Domy wzniesiono tu z miejscowego granitu, ich wydrążone w skale piwnice ciągną się daleko w głąb górskiego masywu. Same budynki zdobi okładzina z piaskowca – misternie rzeźbiona w motywy zaczerpnięte tak ze sztuki europejskiej, jak i bliskowschodniej – a nawet indyjskiej. Ponad dachami domów wznoszą się wieże świątyń, lecz to, co wznosi się pośrodku góruje nad nimi po tysiąckroć.
Górę przeorano, tworząc głęboką na dziesiątki metrów przepaść, oddzielająca miasto od samej twierdzy, która wtapia się niemal w potężny masyw kamienia. Setki baśniowych wieżyczek strzelają ku niebu, tak, że na pierwszy rzut oka trudno ocenić, która spośród nich jest dziełem natury, która zaś fantazji architekta.
Tylko jedna droga prowadzi na drugą stronę przepaści. Strzegą jej dwie masywne baszty, do połowy wykute w kamieniu. Ukryta w skale maszyneria wprawia w ruch most zwodzony – dopiero po jego drugiej stronie jest się w sercu naszych włości, w siedzibie wojewody domu Tzildaris.
I w to serce wkroczyliśmy – arystokratka, dla której tu mieścił się jej drugi dom, tajemnicza wiedźma i złowrogi przybysz ze wschodu.
Wrota zatrzasnęły się za nami pozostawiając nas w ciemnościach, a potem rozbłysło światło umieszczonych na ścianach pochodni i mogliśmy dostrzec, że choć korytarze Twierdzy wykuto w żywym kamieniu, daleko jest im do jego surowości. Tam, gdzie to było konieczne, strop podpierały belki – wszystkie rzeźbione i polichromowane. Wszystkie odrzwia, nawet te najbardziej masywne, wykonane były z niezwykłym kunsztem, im dalej zaś zagłębialiśmy, tym częściej dostrzegaliśmy na ścianach barwne tapisterie lub malowidła – wszystkie sprowadzone z odległych krain, lub wykonane ręką najlepszych rzemieślników w naszych włościach.
I oto staliśmy na progu komnaty, w której wiele dziesiątek lat wcześniej po raz pierwszy spotkałam Tzildarisa. Widziałam, jak moi towarzysze rozglądają się – nie bez ciekawości, choć każde z nich miało swój interes w zdobyciu jak największej wiedzy.
Wkroczyliśmy do komnaty – ja jako pierwsza, Hala ibn Basil i Magda – za mną. Dostrzegałam trzy pary oczu wpatrzone w nas – dwie brunatne i jedną czerwoną jak krew. Tzildaris i Morgan Demetrius siedzieli w komnacie, towarzyszył im zaś mój ojciec. Marius Drugeth.
Poczułam ulgę widząc go, nie dałam jednak tego po sobie poznać, chowając moje uczucia na lepszą chwilę. Skłoniłam się za to przed starszymi, choć trudno było mi uczynić to poprawnie, jako, że wciąż miałam na sobie strój podróżny.
Tzildaris polecił nam usiąść, to też więc uczyniliśmy. Oboje moi towarzysze, wiedźma i Saracen, czuli się w obecności założyciela mego domu nieswojo i nie dziwiło mnie to bynajmniej. Lęk? Ostrożność? Dla Assamity Tzildaris był potencjalnym wrogiem. Dla Nosferatu zaś? Zagadką niewątpliwie.
Przywitał nas i spytał, co sprowadza gości do Twierdzy.
- Podróż na wschód – rzekł Hala ibn Basil, skłaniając głowę w pełnym szacunku ukłonie – przez wasze ziemie, przez które w tych trudnych czasach wolę nie jechać bez przewodnika lub listów żelaznych. Twój klan, panie, nie darzy Assamitów miłością i to, że dotarłem do Krakowa zawdzięczam jedynie autorytetowi posłów. Lecz lękam się, iż sam będę miał trudność przedostać się przez wasze rozbite ziemie.
Morgan Demetrius uśmiechnął się kątem ust. Widać wyczuwał w słowach Assamity ich dodatkowe znaczenie – sam znał Dzieci Haquima lepiej, niż ktokolwiek z naszego klanu, będąc kiedyś ich uczniem. Przypuszczam, że jeśli jakikolwiek członek naszego klanu – wyjąwszy Istvana, lecz Istvan zna istoty, z którymi wolałby nie paktować nikt inny spośród nas – przekroczył progi Alamut, był to właśnie ojciec mego ojca.
Dopiero, gdy obiecano Magdzie i Hali ibn Basilowi przewodników w dalszej drodze, ich samych zaś odprowadzono do komnat, gdzie spędzić mieli dzień, znaleźliśmy się sami w korytarzach twierdzy, Marius i ja. I dopiero wtedy mój ojciec uczynił coś, co zdarzało mu się niezmiernie rzadko. Tylko dwie takie chwile pamiętam z naszego życia, druga z nich miała miejsce kilka lat wcześniej, po dziwnej rozmowie, jaką przeprowadziłam z Tzildarisem i Sethurem...
Nieoczekiwanie, mój ojciec objął mnie. Jego ramiona zamknęły się wokół mnie i zapadłam się w nie... Czułam, jak moją duszę ogarnia spokój.

11.maja.2010



Minęło:
Opowiadania: 1   2    3    4   5   6   7    8   9   10   11   12   13   14   


Do ulubionych    Podlinkuj